Nauka

„To e or not to e?”

Ostatnia aktualizacja: 07.10.2007 09:51
Rozmowa z Linnarem Viikiem, doradcą do spraw IT kilku kolejnych premierów Estonii.
Audio

Linnar Viik (ur. 1965 r.) - doradca do spraw IT kilku kolejnych premierów Estonii od 1999 r. oraz międzynarodowych firm. To jemu Estonia zawdzięcza wprowadzenie internetowego głosowania w wyborach lokalnych oraz pierwszego na świecie systemu elektronicznego obiegu dokumentów w rządzie. Wykłada w IT College w Tallinnie. Przewodniczy jury konkursu o Nagrodę Baltic Challenge, programu współpracy dla rozwoju produktów i usług ICT w Regionie Morza Bałtyckiego.

 

Rozmawia Agnieszka Labisko

  

 

Niewiele osób wie, że leżąca niedaleko od Polski Estonia jest obecnie jednym z najnowocześniejszych państw na świecie. Co więcej, Estończycy używają technologii internetowych powszechnie i na co dzień. Jak udało się tego dokonać?

  

Na początku był pomysł. Po odzyskaniu niepodległości w 1991 r. Estonia była biednym i nieatrakcyjnym krajem. Postawiliśmy na rozwój technologii informatycznych, cynicznie mówiąc z tego powodu, że nie było nas stać na nic innego, a myślenie przecież nie kosztuje zbyt drogo. Aby technologie były rzeczywiście używane, kluczową sprawą stało się zapewnienie dostępu do internetu dla wszystkich. W 2000 r. Parlament Estonii przegłosował poprawkę do konstytucji, która przyznaje takie prawo każdemu obywatelowi.

 

Jak to wygląda w praktyce?

 

Bezpłatne punkty internetowe są w ratuszach, szkołach, bibliotekach, na stacjach kolejowych, pocztach, a nawet plażach. Ich lokalizację wskazuje specjalny znak drogowy z symbolem „@”. W całym kraju mamy również bezprzewodowy dostęp do sieci – na uniwersytetach, lotniskach, stadionach, w parkach i salach koncertowych. Większość ludzi korzysta w domach z szerokopasmowego łącza za niewygórowaną cenę. Oczywiście, dopóki dominowała jedna firma, nie było mowy o innowacjach i niskich cenach. W 2001 r. ukrócono specjalne prawa monopolisty Estonian Telephone Company. Weszło w życie nowe prawo telekomunikacyjne otwierające konkurencję między dostawcami usług.

 

Poza dostępem do nowych technologii równie ważny jest jednak know-how, dostarczenie ludziom wiedzy, jak ich używać.

 

Tak, i to od najmłodszego do najstarszego. To pozwala pokonać początkową nieufność, częstą zwłaszcza u starszych ludzi. Tutaj znowu postawiliśmy na konkrety. Pod koniec lat 90. XX w. wystartowaliśmy z  Tygrysim Skokiem - pierwszym na świecie programem przyłączenia do sieci wszystkich szkół. Natomiast w latach 2002-2004 100 tys. dorosłych osób wzięło udział w bezpłatnych kursach obsługi komputerów zorganizowanych prez Look @ World Foundation, finansowaną przez kilka dużych firm i banków. Nie poprzestaliśmy jednak znowu tylko na korzystaniu z technologii, ale chcieliśmy rozwinąć tworzenie nowych rozwiązań. Nie da się tego dokonać bez uczelni wyższych i rozwiniętych badań naukowych. W zakresie technik informatycznych kształci u nas 5 uczelni państwowych. W 2000 r. powstał jeszcze IT College, finansowany wspólnie przez rząd i prywatne firmy, który co roku wypuszcza 500 informatyków, rozchwytywanych w kraju i za granicą. Na efekty takie polityki naukowej nie trzeba było długo czekać. Chociażby słynne: Skype, Kazaa i Hotmail są dziełem estońskich informatyków.

 

Jak cyberspołeczeństwo funkcjonuje na co dzień? Co można załatwić przez internet?

 

To pewne, że w Estonii można załatwić przez internet więcej spraw niż w jakimkolwiek innym kraju Europy. Ze wszystkimi urzędami można kontaktować się przez internet. Od kilku lat zdecydowana większość Estończyków składa zeznania podatkowe przez internet. Tą drogą można również opłacić składkę emerytalną, cło, ubezpieczenie, bilet miesięczny. Prawie wszyscy korzystają z bankowości internetowej. Przez internet pacjenci rejestrują się do lekarzy, a oni z kolei przeglądają kartoteki w sieci. Na specjalnych stronach rządowych można zawierać bez pośrednictwa notariusza umowy sprzedaży i kupna mieszkań. Dodatkowo różne rachunki m.in. za parkowanie i mandaty można płacić przy użyciu smsów.

 

Z sukcesem doradzał Pan premierom Estonii. Niedawno wystartował polski Plan Informatyzacji Państwa na lata 2007-2010. Co doradziłby Pan naszym specjalistom i politykom, żeby CEPIK – Centralna Ewidencja Pojazdów i Kierowców czy elektroniczne PIT-y nie pozostawały wciąż w sferze marzeń Polaków?

 

Doradzałbym konsekwencję w działaniu. U nas rządy zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale kolejni premierzy byli zgodni co do tego, że informatyzacja jest priorytetem. Wszystkie rządy przeznaczały 1% budżetu na rozwój technologii informatycznych. Przeprowadziliśmy informatyzację państwa jeszcze przed wejściem do Unii Europejskiej i to własnym sumptem, przy wspólnym wysiłku rządu i prywatnych przedsiębiorców. Polska powinna w przemyślany sposób skorzystać z odpowiednich funduszy strukturalnych UE. Takie działania są wpisane w inicjatywę „i2010-Europejskie społeczeństwo informacyjne” przyjętą przez Komisję Wspólnot Europejskich w 2006 r. Czemu też nie sięgnąć do sprawdzonych skandynawskich wzorców, które są na wyciągnięcie ręki, zwłaszcza Finlandii? Poza tym nowe technologie potrzebują odpowiednich regulacji prawnych na poziomie krajowym, aby mogły być powszechnie stosowane. Konieczna jest współpraca między wszystkimi ministerstwami, przedstawicielami samorządu i branży teleinformatycznej. Władze muszą słuchać dobrych doradców – naukowców i informatyków, ekspertów i zarazem wizjonerów. Polska ma przecież znakomitych specjalistów, którzy odnoszą międzynarodowe sukcesy. Może warto ich bardziej docenić w kraju?

 

Jako pierwsze państwo na świecie Estonia wprowadziła w 2000 r. system elektronicznego obiegu dokumentów w rządzie i innych organach centralnych. To jeden z wprowadzonych w życie Pana pomysłów.

  

To był ważny element naszego planu, żeby nie tylko dużo mówić o innowacjach w sektorze publicznym, z czego zwykle niewiele wynika, ale je wprowadzać. Wdrożenie takiego rozwiązania to była praca zespołowa, wymagająca zaangażowania wielu ludzi – pracowników administracji i rodzimych producentów oprogramowania, którzy system projektowali. Uporaliśmy się z tym w 3 miesiące. Już 6. gabinet pracuje bez papieru. Przepływ informacji odbywa się z wykorzystaniem połączeń szyfrowanych. W sali posiedzeń są terminale do przeglądania dokumentów i głosowania, a sprzęt telekonferencyjny pozwala na aktywny udział ministrom, którzy przebywają chwilowo poza krajem. Taki rząd jest też naprawdę bliżej obywateli. W 2001 rząd udostępnił stronę „Täna Otsustan Mina /Dzisiaj decyduję ja”. Można posłuchać obrad parlamentu w plikach Real Audio albo zamówić ich tekstowy zapis na swoją skrzynkę e-mailową. Decyzje i propozycje rządu są niemal natychmiast dostępne online dla wszystkich internautów. Można je komentować, ale również zgłaszać własne projekty. Ok. 5 proc. z nich zostaje realnie wykorzystane przy tworzeniu nowych aktów prawnych.

 

 

''Sieć internetowa. Źr. Wikipedia.

Ile kosztowałby taki system dla polskiego gabinetu?

  

Koszty całej operacji zamknęły się u nas w kwocie 100 tys. euro. Gdybyśmy teraz zaczynali od zera i wprowadzali nowocześniejszą wersję systemu, byłby to wydatek rzędu 120 tys. euro. Warto podkreślić, że liczba osób w rządowym gabinecie nie gra roli. Osobiste stanowiska komputerowe nie są bardzo drogie, nie stanowią centralnej pozycji w tych kosztach. Moim zdaniem każde państwo stać na taki wydatek. To jest do zrobienia również w Polsce i nie musi wcale kosztować krocie. Wiem, że Rada Europy chce wprowadzić analogiczny elektroniczny system wewnętrznego obiegu dokumentów. Zaplanowała na tę operację wiele milionów euro. W mojej opinii – to marnotrawstwo pieniędzy, bo da się to przeprowadzić znacznie taniej.

 

Jak szybko zwracają się zainwestowane pieniądze?

  

Poniesione koszty zwróciły się u nas bardzo szybko, w ciągu ok. roku. Takie rozwiązanie zwraca się nie tylko w konkretnych finansowych oszczędnościach na wydrukach, ale również w postaci zaoszczędzonego czasu, korzyści ekologicznych czy po prostu satysfakcji użytkowników.

 

Na tym jednak nie koniec estońskich innowacji. Pod koniec lutego Estończycy zagłosowali na posłów drogą elektroniczną. Były to jednocześnie pierwsze parlamentarne wybory internetowe na świecie.

  

Oczywiście, aby zapewnić prawo głosu wszystkim bez wyjątku, elektroniczne głosowanie uzupełniało tradycyjne, które odbyło się kilka dni później. Na razie Estończycy przebywający za granicą mogli jedynie przetestować elektroniczny system, ale w następnych wyborach będzie już dostępne głosowanie omline również stamtąd. Od 26 do 28 lutego zagłosowało ponad 30 tys. Estończyków, to jest ok. 3,5 proc. wyborców. Ludzie byli bardzo zadowoleni. Przewiduję, że w następnych wyborach, za 4 lata przez internet odda głos już ok. 100 tysięcy osób. Decyduje o tym jeszcze jeden aspekt sprawy, bynajmniej nie techniczny. W wielu przypadkach wdrożenie jakieś technologicznej nowinki jest stosunkowo proste, ale społeczeństwo wolno przyzwyczaja się do nowych rozwiązań. Ludzie pozostają nieufni. Również w tym przypadku potrzeba czasu. Obserwując jednak światowe tendencje, jestem przekonany, że e-wybory w przyszłości będą czymś naturalnym. Wiele państw już testowało takie systemy głosowania albo przymierza się do ich wprowadzenia, m.in. Belgia, Holandia, Szwajcaria, Rosja, Brazylia, niektóre stany USA.

 

Jednak e-wybory to kontrowersyjne rozwiązanie. Nie brakuje argumentów, że nie są w stanie zapewnić pełnego bezpieczeństwa.

 

Zbudowanie systemu e-głosowania jest trudnym zadaniem ze względu na wymagania procedury sumowania głosów. Trzeba pogodzić tajność i wymogi bezpieczeństwa. Z jednej strony trzeba całemu procesowi głosowania zapewnić tajność, a z drugiej strony trzeba skontrolować tożsamość osoby i sprawdzić czy jedna osoba nie oddała kilku głosów, na przykład drogą tradycyjną i elektroniczną. Techniczna implementacja e-głosowania jest więc znacznie trudniejsza niż wprowadzenie elektronicznej bankowości, w której znamy przecież tożsamość osób z niej korzystających. Istnieją jednak narzędzia i metody, które dają pewność, że wyniki internetowych wyborów nie zostaną sfałszowane. Zastosowane w aktualnych wyborach zabezpieczenia okazały się skuteczne. W ostatecznym rozrachunku głosowanie online się opłaca - zbliża wybory do ludzi i powoduje wzrost frekwencji. Po okresie amortyzacji inwestycji dokonanych w opracowanie oprogramowania, kupno sprzętu i technologii przynosi oszczędności czasu i pieniędzy.

 

Jak wyglądają w praktyce e-wybory?


 
Głos można nadesłać z własnego komputera lub ze specjalnie przygotowanego punktu wyborczego. E-głosowanie było możliwe dzięki wcześniejszemu wprowadzeniu dowodów osobistych z elektronicznym chipem, które umożliwiają składanie cyfrowych podpisów. System PIN – kodów zapewnia bezpieczeństwo połączenia ze stroną internetową wyborów, ale także na co dzień np. z bankiem. Dowód należało włożyć do specjalnego czytnika, podłączonego do komputera. Każdy może go kupić np. w księgarni za ok. 5 euro. Poza tym większość szkół i bibliotek posiada komputery z takim urządzeniem. Estoński dowód umożliwia ponadto dostęp do strony administracji publicznej ze wszystkimi informacjami, które państwo zebrało na mój temat. Dla pełnej przejrzystości mogę tam też przeglądać nazwiska wszystkich osób, które widziały moje dane. Dystrybucję dowodów z chipem rozpoczęliśmy w 2002 r. W przyszłości planowana jest integracja dowodów m.in. z kartami bankowymi. Kiedy mam ze sobą dowód, nie muszę już dzisiaj zabierać paszportu ani prawa jazdy. Wystarczy, że pokażę ten dokument policjantowi, a on sprawdzi w bazie danych czy mam uprawnienia do kierowania pojazdem, punkty karne itp.

 

Jest też jeszcze jedna ciekawa korzyść z nowych technologii. W Estonii bardzo zmalała korupcja.

 

To dzięki przesyłaniu dokumentów drogą elektroniczą i przejrzystości wszystkich procedur, na przykład sprzedaży gruntów, pozwoleń środowiskowych, rejestracji działalności gospodarczej. Ich przebieg można obserwować w sieci. Niski poziom korupcji przekłada się na zwiększoną chęć inwestowania w kraju, rozwój nowych technologii czyli spadek bezrobocia i wzrost PKB. Koło dobrych zmian się zamyka.

 

Przenikanie nowoczesnych technologii do coraz to nowych dziedzin życia jest nieuchronne. Nasz świat będzie się coraz bardziej zmieniał. Jak się w tym wszystkim odnaleźć?

 

Można to tak żartobliwie ująć. W XXI w. możemy zawiesić próby odpowiedzi na pytanie: Być albo nie być?/To be or not to be? Dzisiaj pojawia się nowa kwestia: To e or not to e? Nie jest to jednak pytanie wyłącznie o gotowość akceptacji elektronicznych i internetowych rozwiązań. Chodzi o coś więcej - zmianę sposobu myślenia, otwartość na to, co nowe. Dzisiaj nie wystarczy „płynięcie z prądem”, konsumowanie technologii. Trzeba chcieć więcej. Zamiast narzekać, warto wspólnie z innymi realizować własne pomysły. Teraz jest na to dobry czas. Pamiętajmy, że technologie telekomunikacyjne i internetowe powstały właśnie po to, żeby łączyć ludzi, pomóc w realizacji wspólnych zamierzeń. Ułatwiać kontakt wtedy, gdy niemożliwe jest spotkanie twarzą w twarz, ale takiego spotkania nie zastępować.

 

Rozmawiała Agnieszka Labisko

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Pracodawca sprawdzi Cię w portalu społecznościowym

Ostatnia aktualizacja: 03.09.2009 14:48
Materiał Polskiego Radia Euro.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Portale społecznościowe okiem socjologa

Ostatnia aktualizacja: 18.08.2009 16:27
Materiał Polskiego Radia Euro.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Google liczy zapytania o grypę

Ostatnia aktualizacja: 24.11.2009 13:16
Internetowy gigant tworzy statystyki wyszukiwania, które mogą pokazać aktywność wirusa grypy.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Google Chrome OS – przeglądarka 2.0

Ostatnia aktualizacja: 27.11.2009 07:30
Nowy, internetowy system operacyjny jest już dostępny w wersjach testowych.
rozwiń zwiń