Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Najciemniej jest tuż przed świtem

Ostatnia aktualizacja: 12.03.2026 07:00
Choć od prawie trzech lat Saba Alizadeh mieszka poza Iranem, to codziennie sprawdza wiadomości z ojczyzny. Może dlatego jego najnowszy album jest tak pełen smutku i żalu.
Saba Alizadeh urodził się w Teheranie w 1983 roku. Jest irańskim muzykiem znanym z łączenia tradycyjnych instrumentów, takich jak kemancze, z elektronicznymi i eksperymentalnymi praktykami dźwiękowymi.
Saba Alizadeh urodził się w Teheranie w 1983 roku. Jest irańskim muzykiem znanym z łączenia tradycyjnych instrumentów, takich jak kemancze, z elektronicznymi i eksperymentalnymi praktykami dźwiękowymi.Foto: mat.pras.

Z muzyką Saby Alizadeha zetknąłem się już przy jego debiucie, „Scattered Memories”. To dojrzały, przejmujący album, śmiało łączący zawodzące dźwięki kemanczy (irańskiego instrumentu smyczkowego, dalekiego kuzyna europejskich skrzypiec) z eksperymentalną elektroniką. Subtelnie polityczny hołd dla Teheranu, ostrzeżenie przed zmianami klimatycznymi, medytacja nad pamięcią. Wydany dwa lata później „I May Never See You Again” jest w zasadzie jego kontynuacją. Kolejny rok później w Iranie wybuchają największe od lat antyreżimowe protesty Kobieta, Życie, Wolność spowodowane zabójstwem Kurdyjki Żiny Mahsy Amini. Brutalnie stłumione przez władze stały się inspiracją dla trzeciego albumu muzyka, „Temple of Hope”.

To płyta już otwarcie polityczna, Alizadeh mógł sobie na to pozwolić, bo kończył ją w Holandii, gdzie mieszka do dziś. „Temple of Hope” jest najbogatszym brzmieniowo dziełem Saby, jeszcze duszniejszym, najbardziej elektronicznym. Alizadeh zaczął go pisać jeszcze w swoim rodzinnym mieście, wstrząśnięty bezwzględnością reżimu, jego opresyjnością i zapalczywością w zduszaniu nawet najmniejszych przejawów oporu. Do Europy wyemigrował, bo już nie mógł znieść tej atmosfery strachu i podejrzliwości. Idealnie oddał te uczucia na „Temple of Hope”, a spod ich ciężkich warstw wychylała się nieśmiało tytułowa nadzieja.

Nadzieja, która została w połowie ubiegłego roku prawie całkowicie zduszona, gdy Izrael wespół ze Stanami Zjednoczonymi przez 12 dni bombardował Iran. Reżim w odpowiedzi znów przykręcił śrubę. To wtedy Alizadeh nagrał „Rituals of the Last Dawn”, album złożony z dwóch wielowątkowych, improwizowanych kompozycji. Choć już na dwóch poprzednich albumach zapraszał gości, a w równocześnie prowadzonej karierze muzyka klasycznego grał w ansamblach, to teraz tak naprawdę po raz pierwszy występuje naprawdę w duetach. Sam gra tylko na kemanczy, nie zajmuje się jej modyfikowaniem, nie tworzy elektronicznych struktur. Może dlatego jego gra jest jeszcze bardziej emocjonalna, jeszcze bardziej przejmująca. Na swoim instrumencie wygrywa rozdzierające serce lamenty, pieśni żałobne dla Iranu. W „First Ritual” towarzyszy mu włoski gitarzysta Pietro Caramelli, w „Last Ritual” - Liew Niyomkarm, też gitarzysta, ale specjalista od gitary hawajskiej. Obaj dodają również burdonowe fundamenty kompozycji, decydują o ich awangardowych formach.

Caramelli wpisuje się w przestrzenną duszność, paradoksalne uczucie wypełniające „Scattered Memories”. Oplata partie kemanczy kilkudźwiękowymi frazami przesterowanej gitary. Ta dwudziestotrzyminutowa kompozycja rozwija się powoli, szukają z początku wątków, by je twórczo rozwinąć. Zaczynają delikatnie, malując ciemną, rozgwieżdżoną noc. Są w ich grze nostalgia i melancholia, które z czasem stają się obezwładniające, przygniatające. Świat rozpada się pod wpływem rozpaczy, niczym w „Disintegration Loops” Williama Basinskiego. Z tego rozpadu wyłania się „Last Ritual”. Choć Liew korzysta z podobnych środków, co Pietro, jego współgra z Alizadehem prowadzi w stronę światła. Jest spokojniej, żal ustępuje – nie, nie nadziei – pogodzeniu, pogodnej rezygnacji. To nie jest apatyczność, w żadnym wypadku. Żal staje się siłą napędową do budowy nowego, lepszego dnia. Budowy na zgliszczach starej rzeczywistości.

Płaczliwe, bliskie ludzkiemu głosowi brzmienie kemanczy Alizadeh wykorzystuje perfekcyjnie. Nie ma w jego grze ani krztyny popisywania się, ale w każdym dźwięku słychać, ze to prawdziwy wirtuoz, przed którym jego instrument nie ma żadnych tajemnic. To muzyka pełna obrazów, silna wyobraźnią Saby i jego muzycznych partnerów. Skromna, dużo w niej miejsca na ciszę. Skupienie i namysł. To dla mnie duchowa kontynuacja „Scattered Memories”, stojąca w równej odległości między tradycją a eksperymentem, perską muzyką klasyczną a awangardą. Może właśnie dlatego Saba wrócił do Karlrecords, wydawcy jego debiutu.

Pół roku po nagraniu „Rituals of the Last Dawn”, kilka tygodni przed jej premierą, Iran znów stanął w ogniu. Nadzieja na lepsze jutro po raz kolejny się oddala.

5/5


Michał Wieczorek

Sabah Alizadeh

"Rituals Of The Last Dawn"

2026 Karlrecords 

OCENA: 5/5

 

***

Więcej recenzji - w naszym dziale Słuchamy.

 


Czytaj także

Songhoy Blues, malijski bluesowy bunt

Ostatnia aktualizacja: 19.03.2023 13:00
Garba Touré ze swoją gitarą byli znajomym widokiem na ulicach Diré, zakurzonego miasta nad brzegiem rzeki Niger, w górę rzeki od Timbuktu. Kiedy wiosną 2012 roku uzbrojeni dżihadyści przejęli kontrolę nad północnym Mali, wiedział, że nadszedł czas, by wyjechać.
rozwiń zwiń
Czytaj także

Folk i muzyka świata 2024: najlepsze płyty wg Łukasza Komły

Ostatnia aktualizacja: 28.12.2024 14:19
Wiele się wydarzyło w muzyce ze świata z niezliczonych pograniczy, ale na coś trzeba było się zdecydować, więc przestawiam destylat z tego, co mnie zachwyciło w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy. 
rozwiń zwiń