Radiowe Centrum Kultury Ludowej

W hołdzie dla barów piwnych

Ostatnia aktualizacja: 13.04.2022 18:00
Kiedyś było ich w naszym kraju pełno – tuż za bramami zakładów pracy, na rogach ulic, na parterach domów prywatnych w podmiejskich dzielnicach, na dworcach i w centrach miast.
Bar piwny w Tarnbobrzegu, fot. Magdalena Okraska
Bar piwny w Tarnbobrzegu, fot. Magdalena OkraskaFoto: Magdalena Okraska

Piwiarnia, pijalka, knajpa, bar piwny, zwane też czasami, zasłużenie bądź nie, mordownią, trwały niewzruszenie w małych wnętrzach budek z blachy falistej lub z murowanych pustaków w kształcie kostki. Przy stołach pokrytych ceratą albo drewnianych blatach z wyrytymi inicjałami toczyły się dyskusje o życiu, śmierci, polityce i o tak zwanym niczym.

Nie przetrwały, ich widok w przestrzeni miasta jest coraz rzadszy, choć przecież liczba lokali gastronomicznych w Polsce nie maleje, a wręcz od kilku lat mamy do czynienia z ich rozkwitem. Nie znikła też podstawowa potrzeba klientów baru, czyli picie alkoholu w przystępnych cenach. Zmieniły się jednak sposoby realizacji tej potrzeby, a nowoczesne wersje zabaw sobotnich i socjalizacji przy wódce i piwie (miejsce wódki zajmują chyba obecnie szoty) stawiają kilka nowych warunków. Przestrzeń musi być estetyczna, nietania, najlepiej wcale nie jak najbliżej domu – na sobotni clubbing jeździ się taksówką albo autem w grupie, z której jeden z kierowców pozostaje trzeźwy. W małych miejscowościach, gdzie lokali otwartych długo w noc po prostu nie ma, w piątki i soboty jeździ się pociągiem do dużego miasta, nawet po kilkadziesiąt kilometrów, i zostaje tam do rana.


Bar piwny w Zawierciu, fot. Magdalena Okraska Bar piwny w Zawierciu, fot. Magdalena Okraska

Ale cofnijmy się o kilka kroków. Bar piwny nie pełnił roli miejsca zabawy sobotniej czy urodzinowej popijawy. Jego rola była (i bywa) bardziej codzienna, powszechna, zwyklejsza. Pączkował w podobnej formie wizualnej w różnych, czasem zaskakujących punktach miasta, by napoić - i czasami nakarmić – tych, którzy jeszcze przed chwilą się nie spodziewali się, że w ogóle chcieliby wstąpić na małe piwo. Wstępowali, bo lokal znajdował się po drodze, a oni akurat mieli chwilę czasu i zaschło im w gardle. W tym kontekście bar piwny w ogóle nie stanowił miejsca, do którego udanie się wymagałoby poczynienia planów, poświęcenia czasu i namysłu. „Wstępowało się”, przechodząc.

Miało się też, rzecz jasna, swój stały bar, w którym bywalcy znali się po imieniu lub przynajmniej kojarzyli z widzenia. Nazywano je różnie: Kmicic, Mały, U Ewy, U Joli, Za Torami, Na Rogu. Poetyka i semantyka tych nazw jest kojąco powtarzalna, prosta i zrozumiała. Miejsca te nie udają czegoś, czym nie są, co czasami – przynajmniej w warstwie nazewniczej – zdarza się restauracjom czy kawiarniom. Rzadko silą się na nazwy fantazyjne czy obcojęzyczne. Wiadomo, o co w nich chodzi i co taki przykładowy bar u Ewy oferuje: towarzystwo innych osób (albo tylko alkoholu), bycie w zawieszeniu pomiędzy pracą a domem.

Funkcja barów piwnych nigdy się nie zmieniła, ale ich (nie)obecność i rozkład przestrzenny świadczą o tym, że częściowo przestały odpowiadać na uniwersalne potrzeby, pomimo że nie powstały właściwie egalitarne, powszechnie dostępne miejsca, które by je zastąpiły. Ceny „udziału” w kulturze knajpianej ograniczają obecnie częstotliwość korzystania z restauracji, kawiarń, pizzerii czy barów. Mało kto bywa w takich miejscach kilka razy w tygodniu. Ale to nie jedyna zmiana: mało kto w nich także biesiaduje, czyli przesiaduje godzinami. Czas stał się zasobem, którym Polacy po prostu nie dysponują. Także centralna rola rodziny nuklearnej, która spędza czas „w domu, a nie w knajpie”, nie ułatwia barom osiedlowym wypełniania swojej funkcji. Inaczej niż w Czechach czy na Słowacji, gdzie w zupełnie zwyczajne wieczory piwiarnia osiedlowa pełna jest osób różnej płci i w różnym wieku, i gdzie bywa się w barze także z żoną, nasze pijalki obfitują niemal wyłącznie w samotnych mężczyzn, głównie starszych – lub, przeciwnie, straszą pustką.


Bar piwny w Zawierciu, fot. Magdalena Okraska Bar piwny w Zawierciu, fot. Magdalena Okraska

Porównywanie kultur jeden do jednego to bardzo zwodniczy sport. Czechy, Słowacja czy Węgry nie mają identycznej z naszą historii dostępności gastronomii, kawiarń czy obecności karczm w życiu codziennym. Patrzmy zawsze na praktyczne możliwości, a nie tylko wzruszajmy się „wspaniałym charakterem narodowym” Czechów czy cytatami z Hrabala. Czech siedzi w lokalach świątek piątek, bo taka jest jego kultura i społeczne przyzwyczajenie, jest do tego siedzenia socjalizowany – ale przesiadywanie w nich ułatwiają mu np. krótsze godziny pracy czy lepsze zarobki, czyli twarde podwaliny życia, codzienności i wypłacalności. W Czechach w knajpie siedzi niemal każdy, w Polsce osoba zbyt często tam zaglądająca określana jest jako „stary pijak”, pomimo że klientela wielu zwyczajnych czeskich barów nie jest ani bardziej intelektualna, ani ciekawsza od naszej. Nie jest również tak, że w krajach ościennych alkohol stanowi mniejszy problem społeczny czy rodzinny lub zdrowotny. Stanowi taki sam, albo i większy. Inne jest po prostu spojrzenie na jego spożywanie, mocniej rozciągnięta jest guma społecznego przyzwolenia na przebywanie w takich miejscach – nie tylko przez „starych pijaków”.

Dlaczego bronię barów piwnych, nawet tych w arcypolskiej odsłonie, czyli zimnych, pełnych pijackiego gwaru budek z blachy, pustaka czy drewna, ulokowanych w garażach, krzakach i na wpół umarłych kamienicach? Bo bar to coś więcej niż piwo i rozmowa, której nie pamięta się kolejnego dnia. To wspólnota miejsca i historii, mury i stoły pamiętające umarłych, chorych i niedołężnych, deski, które wchłonęły litry potu, krwi, moczu i łez. To punkty, które jednocześnie są i ich nie ma, a pamięć o tym, że były, trwa czasem dłużej niż ich namacalna obecność.

Kwiecień to dobry moment, żeby je wskrzesić.

Magdalena Okraska

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.

 

Czytaj także

Wódka, bloki i kiszone ogórki, czyli o egzotyzacji Słowiańszczyzny

Ostatnia aktualizacja: 18.02.2021 09:00
Od kilku lat w mediach społecznościowych pączkują strony mające przedstawiać codzienność, kulturę i zwyczaje mieszkańców państw Europy Środkowo-Wschodniej. Fanpage’e takie, jak Squatting Slavs in Tracksuits, Scenic Depictions of Slavic Life czy Babushka prześcigają się w publikowaniu memów i w zamyśle zabawnych zdjęć ze (z grubsza) słowiańskich miast i wsi.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Narodowa, lokalna, nasza, moja, globalna... to jaka jest ta kultura?

Ostatnia aktualizacja: 09.12.2021 08:00
Czy zastanawiali się Państwo, skąd się biorą pomysły na felietony? Pewnie każda felietonistka i każdy felietonista ma swój własny sposób poszukiwania tematów tych pisanych refleksji. Felieton z założenia – jako gatunek dziennikarsko-artystyczny – powinien być osobisty i przedstawiać punkt widzenia autorki lub autora.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Ziemia jest wspólna. O trwaniu i przekształceniach ogródków działkowych

Ostatnia aktualizacja: 20.01.2022 10:00
Wszyscy znamy je z naszych miast. Zakładowe, miejskie, robotnicze, osiedlowe ogródki działkowe trwają niezmiennie pośród zmieniającej się tkanki otoczenia, ciche, po sekretnemu zarośnięte, zielone.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Przedwiośnie – o relacji Polaka z pogodą

Ostatnia aktualizacja: 17.02.2022 10:00
Pogoda w Polsce jest instytucją absolutną. Obiecuje i rozczarowuje, jedną ręką daje, drugą odbiera. Jest niewyczerpanym tematem rozmów (ileż to wielkich miłości zaczęło się od „ale dzisiaj wieje, prawda?”), źródłem przysłów, znaną, bezpieczną przystanią dla naszych myśli i wahań. Pogoda w Polsce każe nam bezustannie kwestionować właśnie decyzje i wybory – czy będzie ładnie? Czy zabrać parasol? Czy na pewno zabraliśmy wszystko, co potrzebne, by przetrwać dzień mrozu, upału albo deszczu?
rozwiń zwiń