Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Anioł certyfikowany

Ostatnia aktualizacja: 22.10.2020 14:06
Nie wiem, czy jestem twórcą ludowym – mówi pan Jan, – po prostu kocham to, co robię. Sztuka ludowa jest dla mnie najpiękniejsza, bo niewydziwowana, niesiona duchem. Ludzie często modlili się tym, co tworzyli, to autentyczny wyraz ich uczuć i tu chyba jej wyższość nad inną sztuką.
800-elementowa szopka pana Jana
800-elementowa szopka pana JanaFoto: Jacenty Dędek

Stoimy w małej drewnianej chałupie z XIX w., składającej się z sieni, kuchni i jednej tylko izby, wypełnionej teraz 800-elementową ruchomą szopką. Chałupa w niewielkiej zagrodzie, to miejsce, gdzie opowiada tutejsze legendy i rzeźbi słynne anioły. Po dwudziestu pięciu latach to lokalne Betlejem stało się miejscową atrakcją turystyczną, wspominaną przez wszystkie przewodniki, a nawet pracę naukową o wpływie szopki na kulturę regionu. Sam właściciel nie wyobraża sobie bez tej chałupy swojego miejsca na ziemi.

Dziś wie, że nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dzieciństwo spędzone w Kotlinie Kłodzkiej na Dolnym Śląsku. Tam, w Wambierzycach, po raz pierwszy zobaczył ruchomą szopkę.

– Tak mocno to przeżyłem jako dziecko – zaczyna swoją opowieść – i od tamtej pory marzyłem, żeby coś takiego mieć. W papierniczym kupowałem szopki do sklejania, wkładałem do nich figurki odlewane z ołowiu i tak sobie kombinowałem ciągle, aż z latami moja robota zaczęła nabierać jakiegoś kształtu. Mieszkałem wtedy w mieście i tam powstała pierwsza część szopki, ale musiałem się zatrzymać, bo w bloku nie było na nią miejsca.

To były lata 90., okres transformacji, strasznie niepewny czas – zamykano wiele firm, moją również zlikwidowano. Miałem ponad czterdzieści lat i okazało się, że dla pracodawców byłem już za stary. Wielki dramat, bo miałem dzieci w wieku szkolnym i nagle znalazłem się bez pracy, to było straszne – kwituje.

– Myślę sobie, trzeba robić to, co się umie i pojawił się pomysł ze sztuką. Od gospodarza wydzierżawiłem chałupę, co już w niej nie mieszkał, bo była przeznaczona do rozbiórki. I zacząłem tę prywatę, co może pozwoli skromnie się utrzymać. A jak wracam myślami do początków, że się na takie rozwiązanie zdobyłem... To było jak rzucenie się nieumiejącego pływać na głęboką wodę.

Jak mnie miejscowi przyjęli? – zastanawia się głośno. – Dość sceptycznie. Chociaż na początku to wzbudzało jednak pewną ciekawość. „Szopka? Po co?”. „Do kościoła powinno się to zanieść” – mówili. Z czasem ludzie się przekonali do tego, że tu jestem, że nie przeszkadzam, a nawet są zadowoleni. Bo w dziedzinie sztuki ludowej, to niewiele tu było. Tu była wielka bieda. Jeszcze zanim się tu pojawiłem, to ziemię można było kupić za „czapkę śliwek”. A jak ludzie nie mieli pieniędzy to sprzedawali działki, no bo po co im piachy? Widziałem zdjęcie moich gospodarzy przed tą chałupą - obraz największej biedy, jaką można sobie wyobrazić.

Ale szopka to za mało, żeby się utrzymać. Więc szukałem w historii tego miejsca i trafiłem na wzmiankę, że działało tu jakieś bractwo aniołów. To mnie zainspirowało do dalszego szperania, aż trafiłem na Jasna Górę i od jednego z paulinów dowiedziałem się, skąd się wzięło. Okazało się, że Arcybractwo Anioła Stróża do dziś funkcjonuje w klasztorze, a w Olsztynie była jego filia. Takie bractwa powstawały na szlakach pielgrzymek ciągnących na Jasną Górę. Gdy przychodzili pątnicy, trzeba było dać im jeść, zorganizować nocleg, opiekę medyczną, bo pielgrzymowało mnóstwo chorych i tym zajmowały się bractwa. Później rozbudowało się to również, na pomoc dla lokalnej społeczności. Takich ludzi zwano też Aniołami.


Rzeźbione Anioły pana Jana Rzeźbione Anioły pana Jana

Spodobało mi się to, chciałem taką tradycję ożywić, przypomnieć i wyrzeźbiłem swojego anioła, który ma charakterystyczne cechy - ważkowate skrzydła i pociągłą twarz, często jest z instrumentem. Przyjęły się, ludzie zaczęli kupować, wieszać na drzwiach i futrynach domów. Za jakiś czas ogłoszono konkurs na pamiątkę z regionu, to zgłosiłem swojego Anioła. Został zatwierdzony i mam na to certyfikat.

Z czasem Anioł stał się symbolem gminy. Tego wielkiego, co wita podróżnych, też ja wyrzeźbiłem. I jak ustanowiono Kapitułę Anioła Stróża dla pomagających lokalnej społeczności, to pierwowzorem statuetki stał się mój anioł.

Co mogę powiedzieć po dwudziestu pięciu latach tu spędzonych? Że w życiu trzeba mieć trochę szczęścia. Ciężka praca - na pewno, ale niezbędne jest trochę szczęścia i mnie ono tutaj spotkało. A po drugie, pokora wobec wszystkiego, co nas otacza, bo człowiek ciągle się uczy i ciągle czegoś nie wie.

Katarzyna Dędek

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.

Czytaj także

Masła nie sprzedom

Ostatnia aktualizacja: 03.09.2020 08:44
– Dla mnie zawsze najważniejsze zdrowie i zgoda w rodzinie, te dwie rzeczy. My żyjemy już pięćdziesiąt trzy lata ze sobą – bywało różnie, bieda była, a jakoś dało się to wszystko pogodzić. Jak teraz patrzę na ludzi, to nie ma takiej zgody...
rozwiń zwiń

Czytaj także

Katarzyna Dędek: ci ludzie pokazują, że na świat można patrzeć inaczej

Ostatnia aktualizacja: 08.09.2020 07:00
Reportażystka i publicystka razem z mężem, uznanym fotografem Jacentym Dędkiem, na podstawie kilkuletniego projektu stworzyli poruszające portrety mieszkańców prowincji.
rozwiń zwiń