Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Kłopoty z kulturą ludową

Ostatnia aktualizacja: 27.05.2021 08:00
Etnografia polska właściwie od początku, czyli od czasu, gdy pojawili się pierwsi świadomi zbieracze i badacze, zajmowała się kulturą ludową. W sumie jest to tak oczywiste zdanie, że mogłabym go wcale nie napisać.
Mieszkańcy wsi Królówka
Mieszkańcy wsi KrólówkaFoto: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Jeśli jednak przyjrzymy się bliżej działaniom poszczególnych ludoznawców, potem etnografów i współczesnych antropologów, okaże się, że tym, co faktycznie „robili” i „robią” oni z kulturą ludową jest bezustanne tworzenie mitów na jej temat a potem próba ich obalania. To istna huśtawka, lub mówiąc bardziej elegancko dialektyczny proces, który trwa nieustannie co najmniej od początku XIX wieku. Dzieje się tak z pewnością dlatego, że wieś i jej mieszkańcy często okazywali się elementem potrzebnym ideologicznie i politycznie (oczywiście ekonomicznie także). Od konkretnego momentu w historii i towarzyszących mu nastrojów społecznych zależało natomiast, jak na wieś patrzono i jak o niej pisano. No… bo chłopi przecież sami o sobie nie pisali. A szkoda.

Huśtawka ta polega na tym, że w dyskursie inteligenckim wieś się raz uwielbia, raz deprecjonuje, poniża. W XIX wieku na fali idei romantycznych i narodowych wymyślono, że chłopi są depozytariuszami prasłowiańskich i prapolskich treści, bo są grupą izolowaną a ich kultura się nie zmienia. Kiedy nie chcieli przyłączyć się do patriotycznego zrywu, za to wyrżnęli panów w czasie rabacji galicyjskiej, trochę mit ten podupadł. Nie na długo jednak. Mania zbierania folkloru pod koniec XIX wieku przyczyniła się do powstania kolejnego mitu – wsi kolorowej, roztańczonej i rozśpiewanej. Niektórzy obarczali winą za jego stworzenie samego Kolberga. Po odzyskaniu niepodległości zaczęto edukować wieś, jak być ludową i uczyć miłości do własnej kultury – wtedy rozwijał się ruch regionalny, powstawały teatry ludowe, zespoły folklorystyczne itd. PRL natomiast uczynił z kultury ludowej projekt polityczny. Folklor został dowartościowany jako sztuka socjalistycznego narodu. Choć… również w tym czasie, a dokładnie w latach 80. XX wieku głośno zaczęto podnosić kwestię mitologizacji owego ludu. Dowodzono, że wszelkie przekazy etnograficzne bardziej świadczą o ich twórcach niż o bohaterach, a lud zaczęto postrzegać jako stworzony na potrzeby polityczne i ideologiczne twór, który nigdy nie istniał. Po ’89 roku lud stracił renomę, kojarzono go z komunizmem a chłopów, rolników postrzegano jako hamulcowych transformacji. Ale nie długo, bo już na początku XXI wieku wieś okazała się bliska ekologii. Mieszkańcy wsi, jako żyjący w zgodzie z przyrodą, z dala od cywilizacji stali się depozytariuszami tego, co zdrowe, nieskażone, mądre naturalną mądrością. Jajka bez GMO, domowej roboty kozie sery, medycyna naturalna, gospodarstwa agroturystyczne i kolektywy spożywcze sprowadzające warzywa prosto „od rolnika” mogą być dobrym przykładem tych tendencji.


Broń odebrana demonstrantom chłopskim w sierpniu 1937. Broń odebrana demonstrantom chłopskim w sierpniu 1937.

Właśnie teraz doświadczamy kolejnego zwrotu w tej narracji. Sądzę, że tym razem jesteśmy świadkami próby dokonania przewrotu oddolnego – próby napisania historii od nowa z perspektywy wsi właśnie, opowiedzenia o PRAWDZIWEJ kulturze ludowej. Ta intensywna praca demitologizacji wsi odbywa się na wielu różnych polach. Zaangażowani są w nią naukowcy, ale także artyści, organizacje społeczne i różnego rodzaju aktywiści. To wręcz niesamowite, w jak wielu miejscach i przestrzeniach wyłaniają się dziś historie ludowe, dopominające się o surowy, ale sprawiedliwy i prawdziwy obraz wsi.

CZYTAJ TEŻ: 

„Historia ludowa Polski” Adama Leszczyńskiego, „Bękarty pańszczyzny” Michała Rauszera czy ostatnio wydane „Chamstwo” Kacpra Pobłockiego to książki, w których autorzy na różne sposoby próbują oddać sprawiedliwość dziejową, ukazać chłopów nie jako piękne i kolorowe elementy sielskiego krajobrazu, nie jako nic nieznaczący margines wielkiej historii, lecz jako aktywnych i działających aktorów społecznych. Oczywiście nie udaje im się do końca oddać głosu chłopom. Jak mogliby to zrobić? Chłopi swojej historii nie spisywali, bądź robili to niezmiernie rzadko. Zdecydowana większość materiałów źródłowych to teksty wytworzone przez „panów”, przez tych na górze, dominujących. Jednak z tych pańskich przekazów, a także pomocniczych materiałów (jak choćby tekstów folkloru) każdy z autorów próbuje na nowo namalować obraz życia dawnej wsi w całkiem nowych barwach. Mamy więc historie zniewolenia, przemocy, pozbawiania godności a nawet człowieczeństwa tych, którzy nie mieli żadnych praw politycznych i ekonomicznych. Przywiązanie chłopów do ziemi, ubezwłasnowolnienie ich i zezwierzęcanie w gruncie rzeczy wszyscy autorzy zestawiają z niewolnictwem… I z rasizmem, choć niekolorowym. Nie bez przyczyny chłopów nazywano Chamami.

Ale mnie co innego wydaje się ważniejsze. Otóż we wszystkich tych trzech książkach dostrzegam próbę pokazania nie tylko ludzi zniewolonych, skolonizowanych i upodlonych, ale też… aktywnych, działających i w granicach możliwości walczących. Autorzy opisują sposoby stawiania oporu, sabotowania pracy, zgłaszania swojego sprzeciwu, próby oficjalnego skarżenia się i opowiadania o niedoli w tekstach wiejskich pieśni. Chłopi w tych publikacjach odzyskują sprawczość. Okazują się sprytni, zaradni, choć czasami mściwi i okrutni.

Powiedziałabym, że to próba uczłowieczenia wizerunku chłopów. Jeszcze bardziej obrazowo uczynił to Radek Rak w swojej świetnej „Baśni o wężowym sercu albo wtórym słowie o Jakóbie Szeli“. Oczywiście jest to literatura piękna, autor nie musiał podążać za historyczną prawdą, jak wyżej wymienieni naukowcy. Jak sam deklarował „Baśń…” to powieść fantastyczna, ale przecież my wiemy, że Szela istniał naprawdę. Wiemy też, co zrobił. Ale czy wiemy dlaczego? Radek Rak próbuje odpowiedzieć na to pytanie. Ukazuje nam człowieka, z jego emocjami, dramatami, dylematami. Ukazuje kontekst społeczny, w którym upodlenie, upokorzenie, bieda i niesprawiedliwość są chlebem powszednim. I pokazuje, jak na poziomie psychologicznym ten kontekst mógł działać na Jakuba Szelę i każdego innego chłopa. Bo Szela staje się tu pewnym archetypem. Niezwykle dojmujący jest fragment, w którym marzy, by zostać panem: „Mieć dwór i piękny powóz, i siwe konie w zaprzęgu, i szablę, i szpicrutę, i żeby Malwa na powrót była moją. I żebym miał własnych chamów, dla których byłbym dobry i łaskawy, a pośród nich to ścierwo, Wiktoryna Bogusza [pana – przyp. aut.], żeby mieć kogo nękać i okładać kijami, jak mi przyjdzie fantazja, i żeby mi dobrowolnie robił w polu“. Szela Radka Raka nie jest szlachetny, nie chce zmieniać świata. Jest mściwy i okrutny, rządny odwetu. Ale trudno go za to winić, nie miał prawa stać się innym.

Próbę zwrotu w kierunku wsi prawdziwej widać także w różnego rodzaju ruchach społecznych i artystycznych. Coraz większą popularnością cieszy się polska muzyka tradycyjna – szczególnie w miastach rekonstruowane są wiejskie potańcówki, warsztaty tańca i gry, powstają nowe kapele. Niektórzy nazywają to środowiskiem in crudo (łac. w stanie surowym, pierwotnym). W tej muzyczno-tanecznej działalności w pierwszej kolejności chodzi nie o walory artystyczne, ale o prawdę, o autentyzm szorstkości, spotkania człowieka z człowiekiem, zapamiętania w dźwiękach i ruchu. Także polski świat folkowy coraz mocniej patrzy w stronę „prawdziwej” wsi – świadczyć mogą o tym chociażby przemiany festiwalu Nowa Tradycja. Mam wrażenie, że z roku na rok coraz więcej prezentacji konkursowych odwołuje się właśnie do autentycznych źródeł muzyki wiejskiej w czystej postaci. Nie bez znaczenia jest fakt, że zwycięzcą tegorocznej edycji została Zawierucha – zespół założony przez Piotra Zgorzelskiego, który od lat uczy ludzi tańczyć po wiejsku i jest niezmordowanym propagatorem idei powrotu do naszych prawdziwych tanecznych korzeni. Zawierucha chce ożywiać wiejski taniec w nowej odsłonie, być kapelą użytkową.

Cykle spotkań organizowane przez „strefę: wolno-słowo” zatytułowane „Ludowa historia Polski” świadczą zaś o tym, że w kręgach intelektualnych też istnieje ogromna potrzeba rozliczania historii, pisania jej od nowa i dowartościowania tego, co wiejskie. No i rozmawiania o tym. Inicjatorzy, deklarują, że ten „cykl wykładów i seminariów stawia sobie za cel odzyskanie pamięci o dziejach 90 proc. populacji naszego kraju“. I tu moim zdaniem dochodzimy do meritum sprawy. Coraz silniej w dyskursie publicznym, ale też naukowym, wybrzmiewa przypomnienie, że większość nas – współczesnych Polaków, to potomkowie chłopów. Nie żadne dworki, polowania na jelenie, Pany Tadeusze, bale, salony i Wołodyjowskie! Dziedzictwo Polaków jest wiejskie.

Znalazłam nawet grupę na facebooku zatytułowaną „Wszyscy jesteśmy ze wsi”. Skoro tak, no to trzeba w tym wiejskim dziedzictwie szukać czegoś, co nas połączy i utwierdzi we wspólnych wartościach. Dziedzictwo to przecież historia, którą sami chcemy o sobie opowiedzieć. Czy chcemy chwalić się tym, że nasi przodkowie byli wykorzystywani, poniżani, że funkcjonowali jak niewolnicy? Czy wolimy zjednoczyć się w myśli, że byli silni, waleczni, sprytni? Że w miarę możliwości potrafili stawiać opór, sabotować wroga, a nawet stanąć do walki? Chcemy dopominać się o sprawiedliwość. Ale chcemy też doświadczać tej prawdy – czytając o niej, słuchając wiejskich dźwięków i tańcząc wiejskie tańce. A że wszystkie te autentyczne, prawdziwe treści chłopskie przetworzone są przez współczesne elity… cóż.. historia lubi się powtarzać.

Antropolożka Ewa Klekot pisała kiedyś bardzo trafnie o samofolkloryzacji chłopów, która według niej polegała na tym, że ludność wiejska nauczyła się być ludowa w taki sposób, jakiego wymagała od nich klasa dominująca. Podążając tym tokiem rozumowania można się zastanowić, czy nie ulegamy teraz samouchłopianiu? Tylko że sami się kolonizujemy nową ideą autentyczności wiejskiego dziedzictwa.

dr Maria Małanicz-Przybylska

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.


 

Czytaj także

Marianna

Ostatnia aktualizacja: 12.11.2020 13:00
Miesiąc już będzie, jak go pochowałam. Smutno, najgorzej smutno, jak przyjdą w odwiedziny, a jego nie ma, to mnie wtenczas boli wszystko. Jak sama jestem, to się czymś zajmę, różaniec zmówię, mszę w radiu wysłuchom, no i czytam. Oczy się od tego czytania psują.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Muzykanckie sceny z „Misia”

Ostatnia aktualizacja: 29.10.2020 11:53
Kiedy muzykanci grali w mieście na folklorach, to mieli problem z niekiedy wielogodzinnym oczekiwaniem na występ. Nie wiedzieli, gdzie się podziać. Garderób dla muzykantów przecież w domach kultury nie było. Zostały małe i ciemne korytarzyki prowadzące do kibla. Tam skupiało się życie muzykanckie, było ciasno, swojsko, można było zagrać, wypić i nikt z organizatorów się nie przyczepiał, że przeszkadzają. 
rozwiń zwiń

Czytaj także

Teorbaniści

Ostatnia aktualizacja: 05.11.2020 10:00
Dzisiaj o dworskich czy magnackich związkach z historyczną muzyką tradycyjną. O teorbanistach z XVIII i XIX wieku.
rozwiń zwiń