Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Oskar Kolberg still alive… choć nie był feministą

Ostatnia aktualizacja: 25.02.2021 10:00
Na początku tego tygodnia, a dokładnie 22 lutego obchodziliśmy 207. rocznicę urodzin Oskara Kolberga. Czy to ważna data? Nie wiem. Ale z pewnością Oskar Kolberg jest wciąż ważną postacią dla polskich etnografów, antropologów i etnomuzykologów, a także dla lokalnych działaczy zajmujących się tzw. kulturą tradycyjną oraz dla artystów.
Zdjęcie ilustracyjne
Zdjęcie ilustracyjneFoto: MM-P

Przede wszystkim Kolberg to chyba jedyny szerzej (to znaczy poza gronem specjalistów) rozpoznawalny przedstawiciel etnografii w Polsce. Po drugie faktycznie jego zbiory, a szczególnie ich objętość, muszą budzić podziw nawet wśród największych krytyków. Kolberg wydaje mi się też ważny dlatego, że wciąż – a przecież zmarł ponad 130 lat temu – budzi kontrowersje, wciąż staje się przedmiotem dyskusji, ale także inspiracji naukowych i artystycznych.

O tym, że Kolberg nadal pociąga, mogliśmy się ostatnio przekonać, bo za sprawą Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego luty stał się dobrym kolbergowskim czasem. Właśnie PTL z okazji Ogólnopolskiego Dnia Etnologii, który przypada 9 lutego, zorganizował akcję „Wielkie Czytanie Kolberga”. Zabawa polegała na tym, by nagrać króciutki filmik, na którym ktoś czyta fragment z opasłych tomów Kolberga, a następnie wszystkie przesłane nagrania zostały umieszczone na kanale YouTube. Finał akcji miał swoje miejsce właśnie w urodziny ojca naszej dyscypliny, czyli 22 lutego. No i trzeba przyznać, że był to jubileusz huczny. Dziewiętnastowieczny ludoznawca podbił internet, rzecz iście postmodernistyczna. W sumie do redakcji PTL przesłanych zostało aż 214 filmików, w których udział wzięli naukowcy, muzealnicy, pracownicy różnych instytucji kultury, członkowie zespołów regionalnych i pasjonaci kultury ludowej. Niektóre są naprawdę świetne – zainteresowanym polecam spenetrowanie tego niezwykłego zbioru. Oto jedno z moich ulubionych nagrań:

https://www.youtube.com/watch?v=lRgihwjQj3o

Moim zdaniem sama biografia Oskara Kolberga jest niezwykła, pasjonująca. A z pewnością dobitnie świadczy o tym, że był on nie tylko miłośnikiem rzeczy ludowych, ale raczej wizjonerem, tytanem pracy, a na 100 procent zapaleńcem. No bo jak inaczej nazwać prawie 50-letniego mężczyznę, który nagle porzuca swoje dotychczasowe życie, rezygnuje z posady księgowego w zarządzie kolei warszawsko-wiedeńskiej, rezygnuje z pracy muzyka i postanawia poświęcić się dokumentowaniu życia ludu? Wędruje po niemal wszystkich ziemiach Rzeczypospolitej, szuka terenowych sprzymierzeńców, a także mecenasów, by stworzyć wyczerpującą serię monografii regionalnych. I robił to do końca życia.

Jego dorobek to ponad 80 tomów „Ludu” (wszystkie można oglądać na stronie Instytutu im. Oskara Kolberga), ale też pisma muzyczne i bardzo ciekawe korespondencje. Dorobek Kolberga nie jest jednak oceniany jednoznacznie. Niektórzy nazywają go ojcem polskiej folklorystyki i etnografii, twórcą modelu monografii regionalnej, inni określają go mianem zbieracza, któremu brak było krytycznego namysłu nad własnymi materiałami. Niektórzy uważają, że jego monografie to kopalnia etnograficznych materiałów z II połowy XIX wieku. Inni narzekają, że jego materiały są jednowymiarowe a dobór ich nieobiektywny. Szczególnie pod koniec XX wieku modne stało się krytykowanie Kolberga, publicystyczne wyśmiewanie go i pokazywanie, że całe to jego pisanie o ludzie więcej mówi o nim samym niż o tym, jak faktycznie wyglądało wówczas życie na wsi.

Niedawno zmarły Ludwik Stomma często pastwił się nad Kolbergiem. Robił nawet statystyczne zestawienia jego dzieł, dowodząc, że Kolberga interesowały głównie piosenki i tańce, wesołe zabawy i kolorowe stroje. A przecież życie ludu nie było w tamtym czasie ani wesołe, ani kolorowe. Trudno się z tym nie zgodzić, ale warto wziąć pod uwagę kilka kwestii. Po pierwsze Kolberg był dzieckiem swojej epoki i oczywiście jego poglądy na wieś nie odbiegały wiele od tych pańskich, inteligenckich wizji. Był i romantykiem w tym zakresie i pozytywistą jednocześnie. Wcale też nie jest prawdą, że Kolberg nie dostrzegał niedostatków i niesprawiedliwości społecznych. Pisał na przykład o dzieciach wykorzystywanych do pracy, o żebrakach i włóczęgach, dostrzegał różne problemy, choć, oczywiście, nie koncentrował się na nich. Sądzę jednak, że ocenianie Kolberga jako naukowca jest z punktu wyjście błędne, bo on sam za takiego się nie uważał. On zbierał, kolekcjonował, by zachować dla potomności. Ale, co odróżnia go od innych zbieraczy tamtego czasu, miał swoją metodę segregowania i prezentowania zebranych treści i to było absolutnie nowatorskie. Nie powinno też dziwić, że w jego zbiorach dominują pieśni – przecież był muzykiem i kompozytorem z wykształcenia, nadto jeszcze czułym na ludowe inspiracje. Moim zdaniem nie warto Kolberga krytykować, lepiej z niego korzystać – czasem krytycznie, a czasem artystycznie.

CZYTAJ: Głód, ciężka praca i trudna historia pańszczyzny

Zresztą nie mam zamiaru do tego nawoływać, bo to wciąż się dzieje. Kolberg jest wciąż żywy. Wspomnę tylko, że zanotowane przez niego melodie bywają wykorzystywane przez różne muzyczno-taneczne zespoły regionalne. Dużo ciekawsze wydaje mi się to, że zbiory Kolberga zaczynają służyć do rekonstruowania historii, także tych oddolnych, a więc historii ludu właśnie. Taki użytek z Kolberga zrobił Michał Rauszer, autor znakomitej książki „Bękarty pańszczyzny. Historia buntów chłopski”. Rauszer zaczął uważnie przyglądać się słowom notowanych przez Kolberga pieśni – i znalazł tam coś całkiem innego niż Stomma i inni krytycy. Wiele piosenek i pieśni wcale nie jest wesołych i kolorowych. Ich słowa mówią o czymś wręcz przeciwnym – ujawniają dramatyczną sytuacją i fatalny los chłopów pańszczyźnianych. Rauszer uważa, że właśnie pieśni stawały się wśród chłopów jedną z możliwych form oporu i buntu. W nich skarżyli się na swój los, na niesprawiedliwości społeczne, na pańskie podłości. Folklor, z natury anonimowy, stawał się bezpieczną formą oporu – pieśni trafiały do panów, ale nie wiadomo, kto był ich autorem, więc nie wiadomo było też, kogo karać. A o czym chłopi śpiewali? O tym, że pan bije, że każe pracować nad siły, że nie płaci, że gwałci wiejskie dziewczyny.

Ja sama analizowałam ostatnio muzyczne zbiory Kolberga i na ich podstawie próbowałam rekonstruować trudny los wiejskich kobiet. Poza tymi wspomnianymi gwałtami, zmagały się one z wieloma trudnościami. Nie mogły sobie z nimi poradzić. Ale mogły o nich śpiewać.

Oj, nieszczęśliwa moja podola, co to za niewola!
Cicho babo, czarownico, szczekasz babo, nie wiesz co.
Ty tam zczarowany, boś co dzień pijany.
Co dzień pijany, w domu nie nocujesz,
gospodarstwa nie pilnujesz,
rujnujesz, rujnujesz, rujnujesz.

Nawet ten krótki wers jest dobrym przykładem. Kobieta nazywa swój los niedolą. Ma męża pijaka, który przepija cały dobytek. Nie może jednak mu się przeciwstawić, bo pozycja kobiety niewiele znaczy – ma siedzieć cicho, jej narzekania nie są więcej warte niż szczekanie psa. Jest czarownicą i tyle. Myślę, że Kolberg nie dostrzegał tych treści, nie był feministą – piosenki o gwałtach, o dzieciobójstwie, o przemocy domowej umieszczał w działach zatytułowanych „Rodzina”, „Miłość”, „Zaloty”. Ale i tak uważam, że wspaniale, że w ogóle je zanotował – bo dziś możemy spojrzeć na nie inaczej i spróbować je zinterpretować.

Z dorobku Kolberga korzystają ponadto artyści i to od dawna i to z powodzeniem. Tych działań artystycznych jest ogromnie wiele, przypomnę więc tylko dwa z nich. W 2017 roku wyszła świetna płyta „Kolberg go żydowsku”, która jest próbą zrekonstruowania dźwiękowego świata mniejszości żydowskiej na terenach polskich w XIX wieku i przed II wojną światową. Artyści nie tylko korzystali z zapisów Kolberga, ale także próbowali podążyć jego drogą i odnaleźć w pamięci najstarszych muzykantów żydowskie melodie i piosenki. A zatem Kolberg znów przysłużył się do prób odtworzenia pewnych oddolnych historii, czy dźwiękostorii, do odtworzenia muzycznego dziedzictwa, którego dziedziców już nie ma.

Za Kolberga wzięły się też artystki feministki – na przykład zespół Same Suki. W swojej piosence „Biczysko” wykorzystały właśnie Kolbergowskie zapisy, by pokazać, że temat przemocy domowej jest ponadczasowy i że łączy doświadczenie kobiet różnych miejsc i czasów.

dr Maria Małanicz-Przybylska

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.


 

Czytaj także

Marianna

Ostatnia aktualizacja: 12.11.2020 13:00
Miesiąc już będzie, jak go pochowałam. Smutno, najgorzej smutno, jak przyjdą w odwiedziny, a jego nie ma, to mnie wtenczas boli wszystko. Jak sama jestem, to się czymś zajmę, różaniec zmówię, mszę w radiu wysłuchom, no i czytam. Oczy się od tego czytania psują.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Muzykanckie sceny z „Misia”

Ostatnia aktualizacja: 29.10.2020 11:53
Kiedy muzykanci grali w mieście na folklorach, to mieli problem z niekiedy wielogodzinnym oczekiwaniem na występ. Nie wiedzieli, gdzie się podziać. Garderób dla muzykantów przecież w domach kultury nie było. Zostały małe i ciemne korytarzyki prowadzące do kibla. Tam skupiało się życie muzykanckie, było ciasno, swojsko, można było zagrać, wypić i nikt z organizatorów się nie przyczepiał, że przeszkadzają. 
rozwiń zwiń

Czytaj także

Teorbaniści

Ostatnia aktualizacja: 05.11.2020 10:00
Dzisiaj o dworskich czy magnackich związkach z historyczną muzyką tradycyjną. O teorbanistach z XVIII i XIX wieku.
rozwiń zwiń