Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Lament i trwanie duduka

Ostatnia aktualizacja: 15.01.2026 09:00
Canes of Karabakh stworzyli wyjątkową opowieść o ormiańskim duduku – jego brzmieniu, krajobrazie i tradycji – wpisaną zarówno we współczesną muzykę eksperymentalną, jak i w realny kontekst konfliktu oraz utraty.
Canes of Karabakh, fot. Marta Zając Krysiak
Canes of Karabakh, fot. Marta Zając KrysiakFoto: Marta Zając Krysiak

Ile może nieść za sobą dźwięk jednego instrumentu? Niekończącą się linię, prostą melodię, pogłos, echo rozrzedzające się w pustce? Canes of Karabakh to nowa odsłona muzyków tworzących zespół Kirk, którzy od pierwszych nagrań lubili gubić dociekliwe ucho w szumach pogłosów i zniekształceniach, meandrując w psychodelicznym zamroczeniu. Najnowszy projekt Olgierda Dokalskiego, Pawła Bartnika i Stanisława Matysa obiera za punkt wyjścia brzmienie duduka – tradycyjnego ormiańskiego instrumentu dętego z podwójnym stroikiem z trzciny. Charakteryzuje się on ciepłym, głębokim i melancholijnym brzmieniem, silnie związanym z krajobrazem, historią i emocjonalnością kultury ormiańskiej. Duduk od wieków towarzyszy zarówno obrzędom, jak i muzyce świeckiej, a jego dźwięk bywa postrzegany jako nośnik pamięci i tożsamości.

CZYTAJ TEŻ:

Z fujarą, dudami i harfą. Nad rzekę, do Ameryki Południowej, z wykopalisk. Podsumowanie roku 2025: Jakub Knera

Trio zdaje się wychodzić od brzmienia tego instrumentu, ale tylko pozornie – mimo prostoty i minimalizmu podskórnie dzieje się tu bardzo wiele, a napięcie jest wyczuwalne niemal od samego początku. Dokalski na flugelhornie czasem pohukuje, szumi, tworzy echo i pogłos jak zza światów, co Bartnik wzmacnia fakturą przypominającą dźwięk starej taśmy (świetnie słychać to w „Narine”). W ten sposób powstaje swoisty akompaniament dla duduka. Są jednak wyjątki, jak niezwykle harmonijny moment w „Prunus Armeniaca”, gdzie instrumenty płyną obok siebie i wspólnie zawodzą.

Paweł Bartnik wielokrotnie buduje gęstą, zelektryfikowaną mgłę na drugim planie, która jednocześnie stale się przeplata i przeobraża – często nawet w obrębie jednego utworu. To muzyczne powidoki: wytworzony pogłos, zelektryfikowane linie, szmery i dźwięki tworzące kontekst dla duduka. Tradycyjny instrument raz wybrzmiewa na tle ciszy, innym razem stapia się z warstwą elektroniczną. Bartnik przetwarza go, dodaje pogłos i efekty, Dokalski otula go flugelhornem, a muzyka odpływa w dziwaczną, hipnotyczną fantasmagorię.

Z jednej strony Canes of Karabakh frapująco wpisują się w nurt współczesnej sceny posttradycyjnej, która osadza instrumenty ludowe w nowych kontekstach – obok takich artystów jak Richard Hronský ze Słowacji, Brìghde Chaimbeul ze Szkocji, Cerys Hafana z Walii czy Yann Gourdon z Francji. Duduk jest tu bohaterem pierwszego planu, ale bez pozostałej dwójki muzyków nie byłaby to opowieść tak silna i rezonująca. Szum generowany przez Dokalskiego – świetnie widoczny choćby na nagraniu z Festiwalu Nowa Tradycja, gdzie zespół zdobył II nagrodę w 2025 roku – nadaje flugelhornowi niemal sonorystyczną funkcję. Z kolei emocjonalnie punktowa warstwa elektroniczna w „Stories”, gdzie Bartnik rytmizuje duduka, tnie go, zniekształca i wprowadza w nowy wymiar, robi ogromne wrażenie. Czasem pojawiają się efekty przypominające wiatr i pustkę, czasem subtelne nagrania terenowe, mające osadzić tę muzykę w wyobrażonej przestrzeni.

To wszystko prowadzi Canes of Karabakh w stronę muzyki pamięci, rozkładu i deformacji – bliskiej twórcom takim jak William Basinski, Philip Jeck czy The Caretaker. U dwóch pierwszych kluczowy jest fizyczny nośnik – taśma magnetofonowa lub płyta winylowa, których brzmienie zmienia się pod wpływem czasu i powtarzalności, podkreślając przemijalność. Słychać to doskonale w „Disintegration Loops” Basinskiego czy na albumach Jecka, takich jak „Loopholes” czy „Stoke”. Tam istotne są zapętlenia; u Canes of Karabakh muzyka rozwija się linearnie, ale poszczególne instrumenty dodają jej barw i mroku, nadając dudukowi nowy wydźwięk. Przywodzi to na myśl estetykę The Caretaker, inspirowaną sceną balową z „Lśnienia” Kubricka – wizją pamięci jako powidoku, złudzenia, pęknięcia.


Okładka płyty Canes of Carabach Okładka płyty Canes of Carabach

Canes of Karabakh zamiast przez hotelowe sale prowadzą przez Górski Karabach – przestrzeń „pomiędzy”, na styku kultur Kaukazu Południowego. Region ten, dziś położony na terytorium Azerbejdżanu, posiada bogaty krajobraz i wielowiekowe dziedzictwo kulturowe, szczególnie ormiańskie. Przez dekady był przedmiotem konfliktu między Armenią a Azerbejdżanem, a w ostatnich latach stał się symbolem dramatycznych konsekwencji sporów terytorialnych i przymusowych migracji.

To prowadzi do trzeciego, kluczowego wątku albumu. Stroiki do duduka Matys pozyskuje od ormiańskiego przyjaciela Nareka, który przywozi je właśnie z Górskiego Karabachu. Po wojnie między Armenią a Azerbejdżanem w 2020 roku ich cena gwałtownie wzrosła. Konflikt polityczny wpłynął na to, w jakiej formie przetrwa tradycja i kto będzie miał do niej dostęp. Paradoksalnie większe możliwości mogą mieć dziś osoby z zupełnie innego kręgu kulturowego, które stać na elementy instrumentu istniejącego od niemal dwóch tysięcy lat.

Płyta Canes of Karabakh jest więc lamentem – żałobą po tradycji, kulturze i krajobrazie. To opowieść o przemijaniu i refleksja nad tym, jak muzyka może przechowywać pamięć i historię. Niespieszna, hipnotyczna narracja o kruchości świata, w której echa przeszłości splatają się z pogłosem przyszłości, stawiając pytanie o to, jak i na jakich zasadach tradycja może pozostać żywa.

Dokalski, Bartnik i Matys pokazują, że w zglobalizowanym świecie tradycja może być muzyką świata – nie w sensie gatunkowym, lecz jako wspólne dziedzictwo, z którego można czerpać ponad granicami. Być może właśnie w tym rozpowszechnianiu, przy zachowaniu świadomości i odpowiedzialności, kryje się jej długowieczność.

Jakub Knera


Canes of Karabakh

Canes of Karabakh

Rozdroża 2026

Ocena: 5/5




Jakub Knera

***

Więcej recenzji - w naszym dziale Słuchamy.

 


Czytaj także

Songhoy Blues, malijski bluesowy bunt

Ostatnia aktualizacja: 19.03.2023 13:00
Garba Touré ze swoją gitarą byli znajomym widokiem na ulicach Diré, zakurzonego miasta nad brzegiem rzeki Niger, w górę rzeki od Timbuktu. Kiedy wiosną 2012 roku uzbrojeni dżihadyści przejęli kontrolę nad północnym Mali, wiedział, że nadszedł czas, by wyjechać.
rozwiń zwiń
Czytaj także

Folk i muzyka świata 2024: najlepsze płyty wg Łukasza Komły

Ostatnia aktualizacja: 28.12.2024 14:19
Wiele się wydarzyło w muzyce ze świata z niezliczonych pograniczy, ale na coś trzeba było się zdecydować, więc przestawiam destylat z tego, co mnie zachwyciło w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy. 
rozwiń zwiń