Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Posłuchać, zatańczyć, zrozumieć…

Ostatnia aktualizacja: 26.08.2019 17:00
Polonez to taniec tyleż oczywisty, co… niemal zupełnie nieznany – zdaje się twierdzić Kapela Brodów, która na swej najnowszej płycie przedstawia rodzaj autorskiej antologii tańców chodzonych. Rzecz godna wielkiej uwagi.
Okładka płyty Polski, polonez, chodzony Kapeli Brodów.
Okładka płyty "Polski, polonez, chodzony" Kapeli Brodów.Foto: mat. pras.

Taniec polski, polonez, chodzony i jeszcze inne określenia dotyczą takiego kręgu utworów, które mogą przybierać różnorodne konwencje, rozmaite formuły instrumentacji, akompaniamentu, ekspresji wykonania.

„Miałem kiedyś marzenie nagrać polonezy. Z całym ich kunsztem, finezją i prostotą” – wyznaje w książeczce, dołączonej do swej najnowszej płyty Witold Broda. I tak oto niniejszym swoje marzenie spełnił, przynosząc nam interesującą, może nawet fascynującą, a wreszcie w jakimś sensie odkrywczą płytę. Trudno bowiem nie przyznać racji artyście, gdy przekonuje, że choć polonez to taniec narodowy, że choć każdy ze słuchaczy ma pewnie automatyczne skojarzenia z Chopinem, a także Kilarem czy Ogińskim (m.in. z uwagi na bale maturalne), to nie mamy na temat tańca szerszej wiedzy. Oczywiście, ta skromna publikacja nie pretenduje do miana skarbnicy, która wyczerpuje temat. Jest raczej pełnym wdzięku i zachwycających brzmień zaproszeniem dla słuchaczy, by zechcieli głębiej wejść w świat tej muzyki.

Ideą płyty jest przy okazji raczej zadawanie pytań niż ferowanie wyroków, udzielanie bezdyskusyjnych odpowiedzi. Już sam tytuł wydawnictwa sugeruje, że mamy tu do czynienia z wieloraką, niejednorodną formułą muzykowania – i tańczenia. A zatem: taniec polski, polonez, chodzony i jeszcze inne określenia dotyczą takiego kręgu utworów, które – jak dowodzi album – mogą przybierać różnorodne konwencje, rozmaite formuły instrumentacji, akompaniamentu, ekspresji wykonania. Bowiem, twierdzą wykonawcy, można dyskutować czy jego źródłem jest muzyka dworska czy ludowa, ważniejsze, że może być realizowany, może objawiać się w tak różnorakich i nieoczywistych czasami formułach wykonawczych. A Kapela Brodów jako zespół o znaczących dokonaniach, muzycznej charyzmie i autorytecie, wydaje się odpowiednim zespołem, by zająć się tak ciekawym tematem. Tematem dodajmy rzadko obecnym w twórczości wykonawców szeroko pojętego kręgu folkowego.

W ciągu minionego ćwierćwiecza działalności Kapela Brodów wielokrotnie zmieniała skład, stając się autorskim zespołem Witolda Brody, poddającym muzykę ludową eksperymentom. Wizje, poszukiwania, pasje prowadziły lidera, i prowadzą do dzisiaj, ku rozmaitym formom tradycyjnego muzykowania oraz – co nie bez znaczenia – ku ważnym partnerom w tej artystycznej przygodzie. Towarzyszyła mu przecież przez wiele lat Anna Broda, ale w składzie zespołu pojawiali się też m.in. Adam Strug, Remigiusz Mazur-Hanaj, Maciej Kaziński (temu ostatniemu, zmarłemu w ubiegłym roku twórcy dedykowana jest płyta). Również dziś Witold Broda potrafił zgromadzić wokół siebie znakomitych i niebanalnych artystów. I znów: nie tylko takich, którzy będą w stanie podchwycić i realizować jego muzyczną wizję, ale takich, którzy są godnymi partnerami muzycznego dialogu, którzy bezdyskusyjnie wzbogacają całość swoim doświadczeniem, kunsztem, wiedzą, umiejętnościami.

Broda wędruje po Polsce, zagląda do archiwów, sięga do Kolberga i innych zapisów od blisko trzech dekad, ale też trudno nie odnieść wrażenia, że każda z jego płyt jest swego rodzaju programem badawczym.

Mamy tu więc, w wielu momentach na pierwszym planie, świetnie śpiewającą Justynę Piernik, na cymbałach Martę Maślankę, na kontrabasie Jakuba Mielcarka, jak wiemy równie dobrze czującego się w klimatach jazzowych. Są wreszcie Bartosz Izbicki (portatyw, fisharmonia, szpinet) i Paweł Iwaszkiewicz (dudy, szałamaja, fujarka), których obecność w najbardziej wyrazisty sposób rzuca pomost między szeroko rozumianą muzyką folkową, a estetyką muzyki dawnej (choć warto pamiętać, że skojarzenia z dokonaniami Iwaszkiewicza to również słynny przed laty Open Folk).

Ma za sobą Kapela Brodów ćwierć wieku istnienia i albumy prawdziwie ikoniczne dla polskiego folku – by wspomnieć choćby płytę „Pieśni i melodie na święta rozmaite” czy „Pieśni Maryjne”. Ostatnie lata to intrygujące poszukiwania w kręgu muzyki, powiedzmy, nie dość przebadanej, rzadko skłaniającej polskich muzyków do twórczego wysiłku. Mam tu na myśli poprzedni album z melodiami żydowskimi, które przetrwały w polskiej muzyce ludowej czy krążek najnowszy. Oczywiście, Broda wędruje po Polsce, zagląda do archiwów, sięga do Kolberga i innych zapisów od blisko trzech dekad, ale też trudno nie odnieść wrażenia, że każda z jego płyt jest swego rodzaju programem badawczym. Naturalnie, pojawia się muzyczny, wykonawczy, interpretatorski żywioł, ale dopiero w tym momencie, gdy rzecz ma już niemal naukowe, teoretyczne podwaliny. Gdy została gruntownie przemyślana i przebadana. To między innymi dlatego jego kolejne płyty, również najnowsza, są tak interesujące, wciągające, oferujące ważne przeżycia na wielu poziomach (od zwykłego estetycznego zachwytu po głęboko merytoryczną wartość, wynikającą też z monograficznego charakteru poszczególnych albumów). Są one wreszcie wyrazem własnej twórczej wizji, co zdaje się być swego rodzaju kwintesencją – pardon – folkowego myślenia o twórczości. To znaczy: utwory głęboko osadzone w muzycznej tradycji (skąd artysta czerpie natchnienia, tematy, słowa, melodie) podlegają zarazem w pełni autorskiej koncepcji. Mamy tu zatem bardzo „własne” opracowania ludowych tematów. I to też jest niewątpliwie wartością tej płyty.

W jednej z audycji RCKL Witold Broda mówił: „polonezowy rytm przeszedł, przesiąkł do innych stylów: do muzyki lirycznej, obrzędowej, dziadowskiej”. A jego specyfika powodowała, że krążył gdzieś na „pograniczu muzyki dawnej”. Dlatego wszystkie te intuicje, wszystkie te skojarzenia przywołuje kapela na swym krążku. Mamy z jednej strony liryczne utwory a capella, z drugiej – instrumentalne tańce. Swego rodzaju kwintesencją pomysłu i centralnym punktem płyty jest pojawianie się kolędy „Biegnę z rana” w trzech wersjach: instrumentalnej, zagranej „z dworska” na szpinecie, wokalnej z akompaniamentem skrzypiec oraz tanecznej, zagranej przez skład typowy dla kapeli ludowej.

Każdemu utworowi towarzyszą w książeczce szczegółowe opisy – to dowód wspomnianej dbałości o szczegół, o ugruntowanie wiedzy o tej muzyce dzięki obiektywnym, wiarygodnym informacjom. Zresztą, wydaniu płyty towarzyszy też inna publikacja: identycznie zatytułowana książka autorstwa Tomasza Nowaka, czyniąca zadość potrzebie naukowej wiedzy na temat chodzonego.

Kapela Brodów

„Polski, polonez, chodzony”

Fundacja Memo 2019

Ocena: 4/5

Tomasz Janas

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.

Czytaj także

Pieśni z tysiąca i jednej nocy

Ostatnia aktualizacja: 30.07.2019 10:45
Stylizowane okładki jej płyt zdobiły główną witrynę najlepszego sklepu płytowego w Tel Awiwie – „The Third Ear”. Trudno było się oprzeć, zwłaszcza że dawno nie wznawiano na winylach oryginalnych albumów. A „Alf Leila Wa Leila” to jedna z najlepszych studyjnych pozycji w dorobku egipskiej artystki, nagrana i wydana dokładnie pół wieku temu.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Yale Strom i muzyka na Chanukę

Ostatnia aktualizacja: 02.08.2019 11:35
Tytuł płyty „Shimmering Lights” – Migoczące światła – jest i przenośnią, i opisem chanukowej rzeczywistości. Migoczą światła przeszłości, palą się i dzisiaj chanukowe świece… Tradycja trwa.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Zabity za pieśń

Ostatnia aktualizacja: 06.08.2019 10:42
Imię: Lounès. Nazwisko: Matoub. W alfabecie tifinagh - ⵍⵡⴻⵏⵏⴰⵙ ⵎⴻⵄⵟⵓⴱ. Bard jakich mało. Od 40 lat rozpala żar w sercach „Amazigh people”, czyli Berberów, choć od 21 lat już nie żyje.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Francuska historia i artefakty w miksturze Ko Shin Moon

Ostatnia aktualizacja: 13.08.2019 10:01
Jak przywrócić do życia dawne nagrania muzyki tradycyjnej i wpleść je w materię muzyki tanecznej i folktroniki? Wiedzą to doskonale muzycy francuskiego duetu Ko Shin Moon.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Głębokie słuchanie guimbri

Ostatnia aktualizacja: 19.08.2019 20:45
Amerykanin Joshua Abrams po raz kolejny pokazuje, że gra na trzystrunowej lutni guimbri przynosi fascynujące rezultaty. Jego nowy album to wciągająca opowieść, która pozwala zatracić się w muzycznej mantrze.
rozwiń zwiń