10 lutego 1940 roku rozpoczęła się pierwsza masowa deportacja obywateli polskich w głąb Związku Sowieckiego, przeprowadzona przez NKWD ZSRR. Wywózki objęły setki tysięcy osób – głównie rodziny wojskowych, urzędników państwowych oraz osadników z ziem wschodnich międzywojennej RP – obecnie zachodnich obwodów Białorusi i Ukrainy.
Deportowani byli transportowani w nieludzkich warunkach, w bydlęcych wagonach, przy ekstremalnie niskich temperaturach, do łagrów i osiedli specjalnych na Syberii, w Kraju Krasnojarskim, republice Komi oraz północnym Kazachstanie.
Deportacje z lat 1940–1941 stanowiły element planowej polityki sowieckiej, której celem było zniszczenie polskich struktur społecznych, przymusowa sowietyzacja oraz eliminacja uznanych za „wrogie” grup ludności. Skutkiem tych działań były masowe cierpienia, rozbicie rodzin i wysoka śmiertelność.
O historycznym kontekście tych wydarzeń i ich długofalowych konsekwencjach opowiada dr Jerzy Rohoziński – historyk, adiunkt w Ośrodku Badań nad Totalitaryzmami Instytutu Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego w Warszawie.
Jerzy Rohoziński: To był prawdziwy grom z jasnego nieba. Nagle, w środku nocy, rozległo się stukanie… NKWD! Szczekanie psów! Ludzie dowiadywali się, że mają godzinę na spakowanie, bo zostaną przewiezieni na stację, a potem wywiezieni gdzieś dalej. Trzeba jednak pamiętać, że nie było tak, iż funkcjonariusze NKWD przypadkowo pojawili się akurat w danej wsi. Była to skomplikowana logistycznie operacja. NKWD miało już wprawę w tego typu działaniach – za nimi stały długie miesiące przygotowań logistycznych i administracyjnych ze strony władz sowieckich, po wkroczeniu Armii Czerwonej na wschodnie terytoria Polski. Już w listopadzie 1939 roku przesiedlano z tych terenów – tak zwanej Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi – znacznie mniejsze grupy ludności na wschodnie rejony sowieckiej Białorusi i sowieckiej Ukrainy, w nowych granicach. A więc nie był to pierwszy raz, gdy wysiedlano Polaków. Warto też pamiętać, że deportacje nie dotyczyły wyłącznie Polaków, lecz także obywateli polskich narodowości ukraińskiej, białoruskiej i żydowskiej, choć większość stanowili Polacy. Było to bowiem ostateczne pogrzebanie resztek jakichkolwiek fundamentów polskiej państwowości na tych terenach.
Reżim Stalina nie po raz pierwszy stosował represje wobec Polaków.
Jerzy Rohoziński: Sowieci powtórzyli pewien wariant zastosowany przez siebie już w 1936 roku, kiedy to z ówczesnych terenów pogranicznych sowieckiej Ukrainy wysiedlono do Kazachstanu około 70 tysięcy ludności polskiej, ale także niemieckiej. Byli to – można powiedzieć – sąsiedzi Polaków. Powtórzono więc ten sam wariant wysiedleń z nowych rejonów pogranicznych: ludności, która nie wpisywała się w wizję systemu sowieckiego na tych terenach, wykazywała związki z państwem polskim i była uznawana za – używając rosyjskiego określenia – неблагонадежную, czyli „niepewną politycznie”. Jakie to były grupy? Przede wszystkim filary państwowości polskiej: urzędnicy wszystkich ważniejszych instytucji, prawnicy, dziennikarze, policjanci – choć trzeba zaznaczyć, że znaczna część policjantów padła ofiarą zbrodni katyńskiej. Byli to również leśnicy oraz tak zwani osadnicy, czyli grupa ludności osadzona przez państwo polskie na tych terenach w celu wzmocnienia lojalnego zaplecza społecznego. Wiadomo, że stosunki etniczne na ziemiach wschodnich RP nie układały się idealnie, dlatego państwo polskie prowadziło określoną politykę osadniczą – oczywiście przy wszystkich różnicach można ją bardzo ostrożnie porównać do współczesnych działań Izraela na Zachodnim Brzegu Jordanu.
Jerzy Rohoziński.
Ci, którzy zostali deportowani w 1940 roku, wkrótce rozproszyli się po całym świecie.
Jerzy Rohoziński: Trzeba pamiętać jeszcze o jednej rzeczy: data 10 lutego rozpoczyna wielką epopeję deportacyjną. Deportowani obywatele polscy, którzy przetrwali niecałe dwa lata, w sierpniu 1941 roku doczekali się tak zwanej amnestii, po ataku hitlerowskich Niemiec na Związek Sowiecki. W panicznym, historycznym odruchu ruszyli na południe, do Azji Środkowej, tam gdzie formowała się Armia Andersa – na tereny dzisiejszego Uzbekistanu. Była to jednak pułapka. Ludzie wycieńczeni morderczą pracą na północy trafili nagle na południe – nad kanały z brudną wodą, w skrajny upał, w tragiczne warunki sanitarne. Krótko mówiąc: istnieje wiele cmentarzy w Uzbekistanie, ale także w południowym Kazachstanie, gdzie spoczywają ci, dla których ta droga okazała się śmiertelną pułapką. Później kolejnym etapem był Iran. Trzeba jednak pamiętać, że ci ludzie już nigdy nie wrócili do swoich domów – domów, które znalazły się poza nową Polską. Zostali rozrzuceni po całym świecie.
Zadziałał swojego rodzaju efekt motyla. Polacy, wyrwani przez reżim Stalina ze swoich domów, znaleźli się – dzięki splotowi historycznych okoliczności – w najbardziej nieoczekiwanych miejscach: od Azji po Afrykę i Nową Zelandię.
Jerzy Rohoziński: Polacy tuż po wojnie stanowili największą grupę białych osadników w brytyjskiej Afryce Wschodniej. To właśnie Polacy – dzięki porozumieniu rządu londyńskiego z władzami brytyjskimi – mogli się tam znaleźć. Byli wśród nich żołnierze Armii Andersa, ci sami, którzy wcześniej walczyli i ginęli pod Monte Cassino we Włoszech. Była to więc wielka epopeja, która paradoksalnie uczyniła z Polaków swoistą globalną diasporę. W pewnym sensie dlatego, że dawnym obywatelom polskim narodowości ukraińskiej i białoruskiej władze sowieckie utrudniały wyjazd, a później w ogóle nie obejmowano ich repatriacją. Z kolei wielu obywateli polskich narodowości żydowskiej albo nie wstąpiło do Armii Andersa, albo też – w trakcie jej szlaku – pozostało w Palestynie. Nie trzeba szukać daleko: Menachem Begin (premier Izraela w latach 1977–1983, laureat Pokojowej Nagrody Nobla za rok 1978. — Red.) był chorążym Armii Andersa i właśnie w Palestynie pozostał. I tak powstała epopeja o wymiarze globalnym.
Ale w 1940 roku nie była to ani pierwsza, ani ostatnia deportacja Polaków w ZSRR. I nie tylko Polaków.
Jerzy Rohoziński: Związek Sowiecki nie zaprzestał deportacji, a nawet — powiedziałbym — nabrał w nich coraz większego „doświadczenia”. Po deportacjach z lat 1940–1941 nastąpiła masowa fala wysiedleń całych narodów, które władze sowieckie uznały za „zdrajców ojczyzny”. Byli to m.in. Czeczeni, Ingusze, Karaczajowie oraz Bałkarzy z Kaukazu, a także Tatarzy krymscy. Miało to miejsce głównie w latach 1943–1944. Ponadto przeprowadzono deportacje z republik bałtyckich w 1949 roku oraz deportacje z Mołdawii.
Deportacje dotknęły również Polaków.
Jerzy Rohoziński: Mamy także ostatnią już masową deportację ludności polskiej z sowieckiej Białorusi w 1952 roku do południowego Kazachstanu. Objęła ona około 6 000 osób. Władze sowieckiej Białorusi już praktycznie od 1944 roku domagały się deportowania polskich kułaków oraz tzw. „polskich panów”. Nie mogły jednak doprowadzić tego do skutku, ponieważ NKWD było tak obłożone pracą, że przez cały ten czas można powiedzieć, iż władze „odbijały się od ściany”. Ostatecznie nadszedł jednak rok 1952 – pracy było już nieco mniej i deportację przeprowadzono. Akcja odbyła się właściwie w ciągu jednej nocy, 18 kwietnia 1952 roku, i ponownie została zorganizowana bardzo sprawnie. Oczywiście przygotowania rozpoczęły się znacznie wcześniej. Polacy trafili na pola bawełny, gdzie warunki praktycznie nie różniły się od tych znanych z czasów armii Andersa: upał, skażona bakteriami woda, bardzo zły stan higieny. Poziom śmiertelności był tam ponownie potwornie wysoki. Widziałem polski cmentarz położony tuż przy polu bawełny, w samym pyle.
Jerzy Rohoziński wspomina także swoją podróż na Białoruś – tam, gdzie mieszkali Polacy, zanim zostali wysiedleni w 1940 r. i w kolejnych latach.
Jerzy Rohoziński: Byłem na Grodzieńszczyźnie, w jednej z wsi, z której deportowano osoby narodowości polskiej. Pamięć o tych wydarzeniach była tam wciąż obecna, ale tylko dlatego, że mieszkali tam Polacy. Było to bardzo zamknięte środowisko – wszyscy się znali. Najstarszy mieszkaniec wsi pan Grzegorz pamiętał wszystkich tych, których zabrano z jego miejscowości. Jednak ta wieś stopniowo wymierała. Dziś już wiem, że pan Grzegorz niestety zmarł. Myślę, że wraz z jego odejściem ta pamięć również zniknie. Władze białoruskie nie będą jej w żaden sposób kultywować, a wręcz podejrzewam, że będą ją zacierać.
Viktar Korbut