Historia

"Perła w koronie", czyli śląskie ikony

Ostatnia aktualizacja: 27.01.2020 05:45
48 lat temu, 27 stycznia 1972 roku miała miejsce premiera filmu Kazimierza Kutza pod tytułem "Perła w koronie". Była to druga część tak zwanej trylogii śląskiej opowiadającej o historii polskich Ślązaków w XX wieku. Film był nominowany do Złotej Palmy w Cannes.
Audio
  • "Jest to film zrobiony ponad tak zwaną dosłowna rzeczywistością" - Kazimierz Kutz na spotkaniu z górnikami z kopani "Wieczorek" w audycji Anny Retmaniak "Perła w koronie" z cyklu "Konfrontacje". (PR, 21.02.1972)
Kaziemierz Kutz reżyser filmu Perła w Koronie (1972)
Kaziemierz Kutz reżyser filmu "Perła w Koronie" (1972)Foto: Wikimedia Commons Domena Publiczna; NAC

Pierwsza część trylogii, zrealizowana w 1969 roku "Sól ziemi czarnej", opowiadała dzieje II Powstania Śląskiego z 1920 roku. Część ostatnia – "Paciorki jednego różańca" (1979) mówi już o odchodzeniu tradycyjnej kultury Ślązaków pod koniec lat 70.

Historia buntu

"Perła w koronie" to opowieść o życiu górniczej osady w latach 30., której byt jest zagrożony przez właścicieli dającej pracę kopalni "Zygmunt", którzy nie są dłużej zainteresowani jej eksploatacją i chcą ją zalać. Górnicy organizują strajk i postanawiają nie wyjeżdżać "na wierch", póki dyrekcja nie wycofa się ze swoich planów.

Głównym bohaterem jest Jasiek grany przez Olgierda Łukaszewicza, dla którego decyzja o pozostaniu na dole razem ze strajkującymi jest o tyle trudna, że jest on szczęśliwym małżonkiem młodej, bardzo atrakcyjnej żony. Zostawić samą trochę strach, ale z kolei, gdyby opuścił towarzyszy mógłby stracić szacunek w jej oczach. Postanawia więc zostać.

Sakralizacja świata Ślązaków

Film dzieli świat na dwie części, które jednak pozostają z sobą nierozerwalnie związane. Świat domu i rodziny – na powierzchni oraz świat pracy – pod ziemią. Oba porządki są "święte" choć nie w znaczeniu religijnym. Ten element Kazimierz Kutz pomija, jednak mimo to wyraźnie "sakralizuje" tradycyjny model życia Ślązaków, czyniąc ze śląskich wartości - rodziny i pracy – sens istnienia całej społeczności.

Podczas spotkania z górnikami pracującymi na "grającej" w filmie kopalni "Wieczorek", którzy zamieszkują osiedla Giszowiec i Nikiszowiec w Katowicach, Kazimierz Kutz tłumaczył dlaczego nie wszystkie sceny w pełni odzwierciedlają realia życia Ślązaków, co zarzuciła mu część zgromadzonych. Mówili oni o tym, że film jest momentami trochę sztuczny, że ta żona tak ładnie ubrana, a jednocześnie do garnka czasem nie ma co włożyć, że wszystko poza kopalnią jest takie czyste. Spotkanie to miało miejsce w 1972 roku i zostało zarejestrowane przez Polskie Radio.

- Chciałem zwrócić uwagę na to, że film jest zrobiony troszeczkę ponad tak zwaną dosłowną rzeczywistością. Jest to film o nędzy, co nie znaczy wcale, że ta nędza jest taka straszna, że jest aż brzydka. To, że była bieda nie znaczy, że wszyscy chodzili brudni i nie dbali o siebie - mówił Kazimierz Kutz. - To jest region, który cechuje się tym, może w związku z tym że jest tak brudno strasznie, że tu co sobotę w każdym domu było wielkie szorowanie. I te cechy tego Śląska w tym filmie są oczywiście lekko wyolbrzymione – tłumaczył swój zamysł reżyser. - W ogóle film stara się nadać wszystkiemu element pewnego dostojeństwa, obrzędu. Strajk też jest tu w gruncie rzeczy obrzędem. To jest chęć pokazania, że mówi się o czymś ważnym, w sposób trochę bardziej uroczysty a nie dosłowny. Chodzi o to, żeby te najzwyczajniejsze, najprostsze rzeczy śląskie podnieść do rangi czegoś szlachetnego.

Wielu zgromadzonych przyjmowało obraz i argumentację Kutza, ale inni zarzucali mu nieprawdziwość sceny, w której strajkujący pod ziemią górnicy, organizują w jednym z korytarzy mecz piłki nożnej. Reżyser tłumaczył, że to nie jest ważne, czy tak naprawdę było, natomiast ważne było to, żeby odwołać się do tego jak młodzi mężczyźni zabijali czas, którego pod ziemią nagle mieli za dużo. Kutz podkreślił, że chciał się odwołać do tego, czym naprawdę mogli żyć górnicy.

- Nie wiem, czy sobie przypominacie była ostatnio ta katastrofa na Rokitnicy, to, co się okazało, dlaczego ten Piontek tak długo przeżył? On czekał na wynik meczu Górnik Zabrze – Roma. I myślał, że siedział tylko 24 godziny, więc na tym przykładzie widać jak ogromnie ważne jest wypełnić sobie czas – mówił reżyser, powołując się na wypadek na kopalni "Rokitnica" w Zabrzu, który miał miejsce 23 marca 1971 i w wyniku którego górnik Alojzy Piontek był przysypany przez 158 godzin.

Inscenizacja płaszczyznowa

Wracając do kwestii uwznioślania świata Ślązaków w filmie, kluczowym środkiem do celu nakreślonego przez Kutza jest forma plastyczna filmu. W ogóle można powiedzieć, że jest to najistotniejszy element, który czyni z filmów Kutza zupełnie autorskie zjawisko. Nie znaczy to, że filmy tego reżysera nie odznaczają się innymi wyraźnymi rysami stylistycznymi, jak na przykład pewna balladowość, czy często obecny rys ironiczny w przedstawianiu bohaterów. Jednak forma plastyczna jest elementem najwyraźniejszym i jednocześnie najbardziej nowatorskim.

Kutz w wielu filmach, a zwłaszcza w trylogii śląskiej bardzo konsekwentnie stosuje płaską inscenizację. Chodzi o taki sposób fotografowania przestrzeni, który służy wrażeniu wytracenia perspektywy. Postacie dramatu występujące na kolejnych planach zlewają się ze sobą oraz z przestrzenią, w której występują w ten sposób, że wydaje się iż stanowią jedną płaszczyznę. Dzięki temu filmowe kadry Kutza budzą skojarzenia z ikonografią. Tradycyjny świat Ślązaków zostaje więc niejako oprawiony "w ramkę", uwznioślony poprzez zamknięcie go w swoiste sfilmowane obrazy.

Jest to bardzo wyraźny i wyjątkowy sposób inscenizacji, który tak radykalnie jak w śląskich filmach Kutza w ogóle bywa stosowany w kinematografii bardzo rzadko. Szczególnie jest to wyraźne w okresie kiedy rodził się styl wizualny reżysera. Współtwórcą tego języka pisma jest autor zdjęć do jednego z wczesnych filmów Kutza „Nikt nie woła”(1960), wybitny operator Jerzy Wójcik. To on pomógł Kutzowi zbudować po raz pierwszy "ikoniczny", płaski świat.

W tamtym czasie próżno szukać podobnych zjawisk. Wyjątkiem są tu wczesne filmy Siergieja Paradżanowa, które pojawiły się nie długo przed filmem "Nikt nie woła". W dzisiejszej kinematografii z podobną płaską inscenizacją kojarzony jest amerykański reżyser Wes Anderson. Warto pamiętać, że to, co stanowiło o sile wyrazu takich filmów jak "Pociąg do Darjeeling" (2007) czy "Grand Budapest Hotel" (2014) Kutz stosował z powodzeniem od początku lat 60.   

Ukryte przesłanie

W filmie "Perła w koronie" znalazł się scena, która w okresie, kiedy film wchodził na ekrany niosła bardzo ważne przesłanie, powodujące, że opowieść o strajku w fikcyjnej kopalni w latach 30., zyskiwała także wymiar współczesny. W czasie trwania strajku pod ziemia, na powierzchni umiera Maciej – członek starszyzny górniczej wspólnoty. Jego towarzysze niosą jego ciało na drzwiach. Było to oczywiste nawiązanie do wydarzeń Grudnia 70’, kiedy to zastrzelony przez milicję Zbyszek Godlewski (opiewany później w słynnej balladzie jako Janek Wiśniewski) był niesiony przez towarzyszy właśnie na drzwiach. Tym sposobem reżyser, który przecież funkcjonował w oficjalnym obiegu w komunistycznej Polsce, jednoznacznie stanął po stronie ofiar buntu robotników Wybrzeża. Była to z jego strony akt odwagi.

Wszystko jednak ma swoją cenę. Być może dla tego następnym fabularnym filmem Kutza był w pełni serwilistyczny obraz pod tytułem "Linia" (1974). Niestety, była to linia Partii. Filmowcy, którzy decydowali się realizować filmy za komuny, żeby czasem móc powiedzieć coś własnym głosem na temat współczesności, zwykle decydowali się jednocześnie, dla równowagi, przemawiać również w imieniu władzy.

Choć jednak nie wszyscy. Wojciech Jerzy Has, któremu ponoć jako pierwszemu zaproponowano w Komitecie Centralnym realizację napisanego przez ludzi partii scenariusza filmu "Linia", co miało się dodatkowo łączyć z wejściem w posiadanie nowego luksusowego samochodu, odmówił. Kazimierz Kutz wybrał inną drogę. Szkoda.

Film, który dawał nadzieję

Nie zmienia to jednak faktu, że film "Perła w koronie", poza tym, że jest filmem wybitnym, niósł w sobie ważne przesłanie dla społeczeństwa sterroryzowanego przez niedawną masakrę na Wybrzeżu. Był to też film, który dawał nadzieję (zwłaszcza Ślązakom), pokazując inny lepszy świat od Polski wczesnych lat 70.

- Jest to film o tym, że są to nie tylko piękni ludzie, piękne sprawy, ale jest to piękny region. Ponieważ skoro tyle ludzi żyje i żyło i będzie żyć w tym regionie, to znaczy, że tu jest pięknie. Stąd jest ten ogromny wysiłek, żeby to wszystko było nie tak jak dosłownie, to jest, tylko troszeczkę jakby ładniej – tłumaczył na spotkaniu z górnikami Kazimierz Kutz.

Aleksander Zalewski

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Kazimierza Kutza portret inny niż wszystkie

Ostatnia aktualizacja: 11.02.2019 13:00
W "Poranku Dwójki" rozmawialiśmy z redaktorem Jerzym Illgiem na temat książki "Cały ten Kutz". Publikacja Aleksandra Klich o wybitnym reżyserze wróciła na rynek uzupełniona o wspomnienia bliskich mu osób.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Wspominamy Kazimierza Kutza

Ostatnia aktualizacja: 18.02.2019 22:15
Kazimierz Kutz urodził się 16 lutego 1929 roku, prawie dokładnie 90 lat temu.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Burzliwe losy Śląska po odzyskaniu niepodległości

Ostatnia aktualizacja: 17.04.2019 20:07
W tym roku mija setna rocznica powstań ślaskich. Dla odradzajacego się państwa piolskiego dostęp do morza i odzyskanie ziem śląskich było prorytetowe.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Wspomnienie o Kazimierzu Kutzu

Ostatnia aktualizacja: 01.11.2019 11:00
- Kutz nie robił dokumentalnych filmów. On robił filmy o Śląsku, który był mu bliski, był wyobrażeniowy, ale przede wszystkim robił filmy o kulturze, którą wpisał w kulturę polską - mówił Krzysztof Kuc, bratanek reżysera, który w audycji "Rozmowy po zmroku" wspominał cenionego polskiego twórcę.
rozwiń zwiń