Russell Crowe jako Hermann Goring. Ryzykowny wybór, który okazał się strzałem w dziesiątkę
Krzysztof Połaski przyznaje, że początkowo obawiał się obsadzenia Russella Crowe'a w roli Hermanna Goringa. Wydawało się to pomysłem ryzykownym, a nawet absurdalnym. Jednak efekt przerósł oczekiwania. Połaski mówi, że patrząc na Crowe'a w tym filmie, ma się wrażenie obcowania z rodowitym Niemcem. Aktor jest tu precyzyjny, chłodny, przekonujący i w sposób niepokojący wiarygodny. Według krytyka to najlepsza rola Crowe'a od lat.
Krytyk zaznacza, że nie jest to film przegadany. Choć dialogi dominują, każde słowo działa jak ruch w starciu dwóch silnych osobowości. Crowe gra Goringa pewnego siebie, eleganckiego i uważnego manipulatora, który próbuje wykorzystać każdą okazję, by zachować kontrolę nad własną narracją.
Teatr dialogu zamiast widowiska
Obok Crowe'a na ekranie pojawia się Rami Malek, wcielający się w amerykańskiego psychiatrę prowadzącego rozmowy z Goringiem. Krzysztof Połaski opisuje film jako coś na pograniczu teatru telewizji i dramatu psychologicznego. Akcja rozgrywa się przede wszystkim w słowach, tonach, spojrzeniach i napięciach między rozmówcami.
Połaski uważa, że nie jest to w żaden sposób próba wybielania Goringa. Wręcz przeciwnie. Film pokazuje, jak niebezpieczny potrafił być, jak sprawnie manipulował ludźmi i jak potrafił zyskać przewagę dzięki inteligencji i pewności siebie. To opowieść o zbrodniarzu, którego największą bronią nie była siła, ale umiejętność grania na cudzych emocjach i słabościach.
Wielowymiarowa postać
Krytyk przyznaje, że obawiał się, iż film zrobi z Goringa postać karykaturalną. Tymczasem jest ona przedstawiona wielowymiarowo. Twórcy unikają uproszczeń. Pokazują zarówno jego brutalność i cynizm, jak i niepokojącą charyzmę, która pozwalała mu uciekać od odpowiedzialności i próbować przechytrzać nawet wymiar sprawiedliwości.
W filmie wyraźnie zaznaczony jest także kontekst moralny. Już na początku pada pytanie, czy zbrodniarzy wojennych należało od razu zgładzić, czy może jednak trzeba ich osądzić według zasad sprawiedliwości, mimo że mogą próbować wykorzystać proces jako scenę do budowania własnej legendy. Twórcy wyraźnie opowiadają się za tym, że cywilizowany świat musi kierować się prawem, a nie odwetem.
Proces norymberski w świetle historii
Dr Michał Przeperski z Muzeum Historii Polski przypomina, że proces norymberski był wydarzeniem bez precedensu. Po raz pierwszy w historii państwa świata postanowiły zorganizować wspólny trybunał, by osądzić przywódców reżimu odpowiedzialnego za największe zbrodnie XX wieku.
Najważniejszy proces w historii Europy
Przeperski podkreśla, że proces miał nie tylko wymiar prawny, lecz także cywilizacyjny. Był próbą nazwania i opisania zbrodni, które wcześniej nie mieściły się w żadnych kategoriach prawnych. Był próbą odpowiedzi na Holocaust, ludobójstwo, masowe egzekucje i wojnę totalną. Na ławie oskarżonych zasiedli m.in. Hermann Goring, Joachim von Ribbentrop, Rudolf Hess czy Hans Frank.
Historyk przypomina, że nie wszyscy zbrodniarze zostali postawieni przed sądem. Nie dosięgnięto Adolfa Hitlera ani Heinricha Himmlera. Część zbrodniarzy zginęła przed procesem, inni uciekli, jeszcze inni uniknęli surowych kar. To nie zmienia jednak faktu, że Norymberga stworzyła podstawy dla współczesnego sądownictwa międzynarodowego – od Trybunału w Hadze po trybunały ds. Rwandy czy byłej Jugosławii.
Goring jako showman – filmowa wizja zgodna z faktami
Dr Przeperski zaznacza, że filmowy obraz Goringa jako sprawnego manipulatora był bardzo bliski temu, co działo się naprawdę. Podczas procesu próbował dominować nad salą sądową, prowadzić własne narracje i przedstawiać się jako polityk działający zgodnie z logiką wojny, a nie zbrodniarz odpowiedzialny za ludobójstwo. Ta gra na emocjach i wizerunku była elementem jego strategii.
Norymberga jako próba ocalenia zasad
Zarówno słowa krytyka, jak i opinia historyka prowadzą do jednego wniosku: film łączy dramat psychologiczny z refleksją o świecie, który po wojnie próbował odbudować swoje moralne fundamenty. Norymberga była próbą pokazania, że nawet najwięksi zbrodniarze muszą stanąć przed sądem, a nie przed plutonem egzekucyjnym. To była próba obrony tego, co cywilizowane, przed tym, co barbarzyńskie.
Film pokazuje ten moment historii w sposób angażujący i pełen napięcia. Dialogi sprawiają, że widz wchodzi w mechanizmy manipulacji, tak jakby sam uczestniczył w procesie. A refleksje dr. Przeperskiego przypominają, że bez tamtych wydarzeń nie istniałaby współczesna idea międzynarodowego prawa, które ma bronić ofiar konfliktów i ludobójstw.
pż