Maria Pomianowska: wszystko zaczęło się od wiolonczeli

Ostatnia aktualizacja: 11.09.2026 12:45
Mistrzyni gry na suce biłgorajskiej i fideli płockiej, wiolonczelistka, wokalistka, badaczka tradycji muzycznych Azji i profesorka Akademii Muzycznej w Krakowie. Maria Pomianowska w "Zapiskach ze współczesności" powróciła do dzieciństwa, rodzinnych historii i pierwszych muzycznych doświadczeń. – Cała moja dalsza historia zaczyna się właśnie w momencie, kiedy zaczynam grać na wiolonczeli. I to jest największe błogosławieństwo – wspominała.
Maria Pomianowska, instrumentalistka, wokalistka i badaczka tradycji muzycznych, mistrzyni gry m.in. na suce biłgorajskiej, fideli płockiej i sarangi.
Maria Pomianowska, instrumentalistka, wokalistka i badaczka tradycji muzycznych, mistrzyni gry m.in. na suce biłgorajskiej, fideli płockiej i sarangi.Foto: Polskie Radio/Cezary Piwowarski

Od strony matki Maria Pomianowska pochodzi z licznej, bardzo muzykalnej rodziny Cichockich. Jej krewni mieszkający w Lublinie mieli zwyczaj wspólnego muzykowania. Jeden z dziadków grał na skrzypcach. To właśnie muzyka pomogła mu przetrwać Auschwitz.

– Rodzina była bardzo liczna. Jak się okazuje, miała w zwyczaju raz na tydzień wychodzić na główny rynek i koncertować. Wśród moich przodków był taki cioteczny dziadek, który świetnie grał na harmonijce ustnej i na akordeonie. A mój dziadek, tata mojej mamy, grał na skrzypcach i to ocaliło mu życie w Auschwitz – wspominała w Dwójce.

POSŁUCHAJ:

>>> Maria Pomianowska #1. Dzieciństwo w Warszawie  

>>> Maria Pomianowska #2. Sarangi i pierwsza kobieta z Zachodu 

>>> Maria Pomianowska #3. Droga do polskiej muzyki przez egzotyczne światy

>>> Maria Pomianowska #4. Z Chopinem na ludowo dookoła świata


Rodzina, w której muzyka była czymś naturalnym

O szczególnym miejscu muzyki w rodzinie świadczy nawet historia imienia matki Marii Pomianowskiej. – Dziadek chciał ją nazwać Grażyna, bo jest "gra" - od grania. Ksiądz się nie zgodził, więc dziadek długo myślał i wymyślił Danuta, bo jest "da-nuta". Kiedy to usłyszałam, zrozumiałam, jak niesamowita była w mojej rodzinie atencja do muzyki – mówiła artystka.

Sama matka Pomianowskiej miała słuch absolutny i szeroką skalę głosu, ale powojenne realia skierowały ją w inną stronę. Została geolożką. Podobnie jak ojciec Marii.

Czytaj także:

"Wszystkie porządne instrumenty są już rozdane"

Maria Pomianowska trafiła do szkoły muzycznej właściwie przez przypadek. Jej rodzice nie planowali dla niej muzycznej edukacji. Dopiero jedna z krewnych zwróciła uwagę na jej zdolności i przekonała rodzinę, by zaprowadzić dziecko na egzamin. – Ciotka była oburzona, że tak zdolne dziecko nie jest w szkole muzycznej. Pamiętam te kłótnie: "jak można taki talent zaniedbać, to jest haniebne" – wspominała.

Do szkoły dołączyła dopiero w drugiej klasie. Najbardziej popularne instrumenty były już przydzielone. – Pani z komisji powiedziała: "Bardzo zdolne dziecko, bardzo, ale wszystkie porządne instrumenty są już rozdane". Już wtedy zastanawiałam się, co to znaczy "porządne" i "nieporządne". Wtedy ktoś powiedział: "No dobrze, ale przecież jest jeszcze wiolonczela". Ja nawet nie bardzo wiedziałam, co to za instrument – opowiadała.

Decyzja okazała się szybko fundamentalna dla całej późniejszej drogi Marii Pomianowskiej. – Przez to, że rodzice zaniedbali rok, zostałam wiolonczelistką. Kocham ten instrument. Pionowa pozycja gry w następnych latach umożliwiła mi grę na azjatyckich instrumentach. Cała moja dalsza historia zaczyna się właśnie w momencie, kiedy zaczynam grać na wiolonczeli. I to jest największe błogosławieństwo – podkreśliła.

Muzyka jako współpraca, nie popis

W swoich wspomnieniach Maria Pomianowska zwróciła uwagę, że gra na wiolonczeli nauczyła ją szczególnego sposobu myślenia o roli muzyka w zespole. – Byliśmy kształceni do tego, że musimy być społeczni. Akompaniujemy primadonnom, śpiewakom, skrzypkom, pianistom, wielkim solistom. My byliśmy trochę w cieniu. To naprawdę nauczyło mnie współpracy w zespole i tego, że najważniejsze jest dzieło finalne, a nie to, że ja mam zabłyszczeć i wszystkich natychmiast powalić na kolana – mówiła.

Jednocześnie szkoła muzyczna pozostawiła w niej również trudne doświadczenia. Jedna z relacji pedagogicznych sprawiła, że przez wiele lat nie chciała śpiewać. – Miałam taką traumę, że nie mogłam śpiewać przez 25 lat. Po skończeniu szkoły średniej zanegowałam to wszystko. Wyjechałam w świat i nie chciałam mieć nic wspólnego z muzyką klasyczną – wspominała.

Lutosławski, Maksymiuk i pierwsze wielkie spotkania

Szkoła muzyczna przyniosła jednak także doświadczenia, które Maria Pomianowska zachowała w pamięci jako wyjątkowo dobre. Jako dwunastolatka roznosiła zaproszenia na szkolne koncerty. W ten sposób poznała Witolda Lutosławskiego. – Mam cudowne wspomnienie jego ciepła. Taki nieduży człowiek, ciepły, kochany. To były pierwsze momenty, kiedy tych wielkich ludzi bezpośrednio dotykałam. Był też Jerzy Maksymiuk, który dyrygował naszą orkiestrą. Miałam dużo szczęścia – zaznaczała.

Od klasyki do Pink Floyd i Genesis

Kolejne ważne otwarcie nastąpiło w liceum. Maria Pomianowska poznała wówczas środowisko, z którego później wyrósł zespół Kult, a wraz z nim zupełnie inną muzykę. – Poznałam Jacka Grudzińskiego, Kazika Staszewskiego. Oni wyprawiali w tej szkole szaleństwa. Oddawali się sztuce naprawdę z wielkim zapałem – wspominała.

To właśnie dzięki znajomym poznała nagrania Pink Floyd, Genesis czy Queen. – Nie miałam o tym bladego pojęcia. To była wtedy muzyka właściwie szmuglowana. Przynosili wielki magnetofon szpulowy i słuchaliśmy. Zakochałam się w pierwszych Pink Floydach, w Genesis z Peterem Gabrielem. Pomyślałam: jaka klasyka? O czym my rozmawiamy? Klasyka jest genialna i zawsze będzie, ale tutaj budowały się zupełnie nowe przestrzenie muzyczne, nowa wyobraźnia. To było dla mnie przełomowe doświadczenie – opowiadała.

Fascynacja kulturą pozaeuropejską 

Równolegle dojrzewała w niej fascynacja kulturą pozaeuropejską. Dziś artystka upatruje źródeł w swoim ojcu, który po bardzo trudnych doświadczeniach życiowych zwrócił się ku filozofii indyjskiej i jodze. – Mój tata zainteresował się filozofiami pozaeuropejskimi, indyjską, jogą, rzeczami, które w latach 60. i 70. właściwie nie miały u nas racji bytu. Nikt o tym nie słyszał, może pojedyncze osoby. Zaszczepił w naszym domu zainteresowanie tymi filozofiami. Sam ćwiczył jogę, recytował Jogasutry aż do końca życia – wspominała.

***

Tytuł audycji: Zapiski ze współczesności

Przygotowanie: Maria Baliszewska

Data emisji: 7-11.09.2026

Godz. emisji: 12.45

opracowanie: zuzannachowaniec


Czytaj także

Skrzyżowanie Kultur. Maria Pomianowska: nasz festiwal uczy języka wielokulturowości [WIDEO]

Ostatnia aktualizacja: 03.09.2024 11:38
- Gdzieś tak od drugiej edycji publiczność odkryła festiwal i zaczęło się szaleństwo. Mówię nie tylko o mieszkańcach Warszawy, bo zaczęli przyjeżdżać także ludzie spoza stolicy, a nawet z zagranicy - mówiła w "Poranku Dwójki" prof. dr hab. Maria Pomianowska, dyrektor 20. festiwalu Skrzyżowanie Kultur.
rozwiń zwiń
Czytaj także

Suka biłgorajska. Trzy dekady życia na nowo

Ostatnia aktualizacja: 13.01.2025 13:00
Trzydzieści lat suki biłgorajskiej, jej rekonstrukcji, działalności twórców. Opowiadają o tym goście: Maria Pomianowska – wybitna artystka grająca na tym instrumencie na całym świecie – i lutnik Dominik Główka.
rozwiń zwiń